sobota, 12 marca 2011

Chrześcijanin wobec aborcji

W zeszłym tygodniu „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst Kasi Kucharskiej, który spowodował niemałe zamieszanie na forum dyskusyjnym „Frondy”. Opublikowany artykuł jest recenzją książki Gail Kligman, w której zanalizowane zostały drastyczne konsekwencje wprowadzenia restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej w Rumunii Ceauşescu. W swojej odpowiedzi na powyższy tekst Tomasz Terlikowski bezrefleksyjnie określił podzielane przez całą redakcję poglądy Kasi Kucharskiej jako „proaborcyjne”. Lektura kolejnej polemiki utwierdziła nas w przekonaniu, że dalsza wymiana komentarzy nie doprowadzi niestety do porozumienia, a jedynie do nakręcenia spirali wzajemnej niechęci.

Poniższy tekst kierujemy przede wszystkim do osób trzecich: do czytelników „Kontaktu”, którzy poczuli się zaniepokojeni bądź oburzeni artykułem Kasi Kucharskiej; do obserwatorów i uczestników naszej wymiany zdań z Tomaszem Terlikowskim; wreszcie do wszystkich tych, którym marzy się, by oblicze Kościoła nie było definiowane przez radykalne i niepozostawiające miejsca na dyskusję stanowisko „Frondy”.

***
Uważamy, że aborcja jest złem, którego nie wolno traktować jako ostatecznego, bo najskuteczniejszego, środka antykoncepcyjnego. U podstaw naszego stanowiska leży przekonanie, że życie ludzkie, jako dane nam przez Boga, jest święte. Stąd nakaz „nie zabijaj”. Zdarza się jednak, że my, chrześcijanie, czynimy od tego nakazu pewne wyjątki, np. usprawiedliwiając zabicie człowieka w obronie własnej. Nie uważamy, żeby było to dobre – wszak życie napastnika jest równie święte jak życie ofiary – lecz uznajemy, że każdy ma prawo do obrony swojego istnienia. Za księdzem Janem Zieją podziwiamy tych, którzy wyrzekli się przemocy, ale nie potępiamy nikogo za to, że nie pozwolił się zabić.

Podobnie rzecz się ma w przypadku aborcji, gdy zagrożone jest życie matki. Nienarodzonego jeszcze dziecka nie można oczywiście porównać ze świadomym swoich celów napastnikiem, a jednak w obydwu wypadkach mamy do czynienia z zagrożeniem ludzkiego życia. Często powtarza się, że życie dziecka jest święte. To oczywiście prawda, lecz prawdą jest również to, że święte jest życie jego matki. Tak jak podziwialibyśmy kobietę, która decyduje się urodzić dziecko, poświęcając własne życie, tak od żadnej kobiety nie wolno nam czegoś podobnego wymagać. Od nikogo, poza samym sobą, nie wolno nam oczekiwać heroizmu. Nie wolno nam mówić: „Ja na twoim miejscu…”, bo nigdy nie możemy być pewni, jak sami byśmy postąpili, znalazłszy się w sytuacji granicznej. Gdy znajduje się w niej ktoś inny – nie przestając bynajmniej wierzyć w świętość każdego życia – powinniśmy z pokorą pochylić głowę i przyznać, że nie potrafimy go zrozumieć. Skoro zaś nie rozumiemy, to i nie oceniamy.

***
Mówiąc o bezwzględnej „świętości życia” i domagając się prawnego jej usankcjonowania, Kościół bynajmniej nie sprawia, że życie faktycznie staje się bardziej szanowane. Uciekając od duszpasterstwa i formacji sumień w stanowienie prawa i język, w którym nie sposób dostrzec śladu zrozumienia dla podejmujących dramatyczne wybory ofiar gwałtu, kobiet ciężko chorych i nastolatek, nie wpływamy najczęściej na ich decyzje o usunięciu ciąży. Udaje nam się tylko głęboko je zranić i zredukować do zera naszą możliwość wpływu i pomocy im w przyszłości.

Skoro zależy nam na zmniejszeniu liczby zabiegów aborcyjnych wykonywanych w Polsce, nie powinniśmy wybierać drogi prowadzącej do ludzkich sumień na skróty, przez prawodawstwo. Weźmy się wreszcie za formowanie tych sumień! Mówmy do matek językiem, który są w stanie przyjąć, a nie zaczynajmy od nazywania „morderczyniami”, bo to nie tylko w ryzykowny sposób uogólniające, ale i przeciwskuteczne. Określmy więc, czy bardziej zależy nam na „tak, tak; nie, nie”, który to wyimek z Kazania na Górze jest tak bardzo popularny w skłonnych do potępień środowiskach katolickich, czy też na skutecznej ochronie ludzkiego życia. Jedno wcale nie musi iść z drugim w parze.

Do zrobienia jest zresztą znacznie więcej niż tylko złagodzenie języka i kształtowanie sumień. Tu potrzeba realnej pomocy: świeckich poradni, stowarzyszeń udzielających wsparcia materialnego, sprawnego systemu adopcji. Kobiety, które znalazły się w sytuacjach granicznych, powinny móc liczyć na społeczną solidarność i wiedzieć, że jeśli zdecydują się na urodzenie dziecka, to otrzymają potrzebne im wsparcie. Nie wystarczy bowiem przekonać je do tego, trzeba także wziąć odpowiedzialność za konsekwencje ich decyzji. Jest to jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed współczesnym Kościołem.

***
Tym, co nas przeraża w wypowiedziach części katolików, jest ich brak zainteresowania skutkami ewentualnego zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Można przy tym odnieść wrażenie, że bardziej niż na ochronie życia zależy im na wprowadzeniu samego zakazu aborcji, niezależnie od tego, czy będzie on respektowany, czy też nie. W ten sposób walczą oni nie z korzeniem zła, lecz tylko z jego objawami, a jedynym, co mogą na tym wygrać, jest ich własne spokojne sumienie. Tak oto dochodzimy do paradoksu: nawet gdyby – czysto teoretycznie – zaostrzenie prawa miało spowodować rozrośnięcie się aborcyjnego podziemia i aborcyjnej turystyki, śmierć wielu dzieci i kobiet, to według nich należałoby je uchwalić, ponieważ głoszenie zasady świętości życia jest dla nich ważniejsze od samego życia.

Zadaniem Kościoła jest przede wszystkim formowanie sumień, nie wpływanie na prawodawstwo. Człowiek ma postępować dobrze nie z lęku przed karą, lecz z miłości do Boga i drugiego człowieka. Jeśli tego nie robi, to nie ma co się na niego obrażać. Trzeba raczej zastanowić się nad tym, dlaczego chrześcijańskie orędzie w danym przypadku okazało się nieskuteczne. Chrześcijanin ma świat uświęcać, a nie oburzać się, że wciąż jeszcze nie jest on święty. Wbrew pozorom, nasze „święte oburzenie” nie sprawia bynajmniej, że w kwestii aborcji nie mamy sobie niczego do zarzucenia. Wręcz przeciwnie. Ten problem dobitnie uświadamia nam, jak bardzo sami jesteśmy niedoskonali i jak daleka droga dzieli nas od punktu, w którym zaczniemy móc stanowić moralny drogowskaz dla świata.

Misza Tomaszewski

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Odnośnie tekstu o możliwości aborcji ze względów " zdrowotnych" powtórzę moje zdanie i pytania. Po pierwsze:
Dziecko nie jest "napastnikiem". Przyrównanie aborcji do stanu wojny sprawiedliwej lub obrony koniecznej jest poważnym NADUŻYCIEM. Dziecko pozostaje zawsze słabe i bezbronne. W żadnym wypadku nie może być traktowane jako zamachowiec na życie czy zdrowie drugiego człowieka.

Kto dał prawo aby silniejszy decydował o życiu lub śmierci słabszego i bezbronnego? Bo chyba nie Bóg? Dlaczego silniejszy może zabić bezbronnego w imię swojego zdrowia? Każdy ma PRAWO do życia. W przypadku dziecka, to także obowiązuje. Ma prawo żyć. Jak będzie dorosłe może zadecydować czy odda swoje życie za zdrowie matki czy nie. Jeżeli zdecyduje się to zrobić to ok. Ale nie pytając dziecka czy chce oddać swoje życie dla zdrowia matki i odbierając mu to życie bez jego zgody popełnia się czyn straszny. Wchodzi się w rolę Pana Boga, a tym samym staje się taki człowiek tym co powiedział o nim szatan - " będziecie jak Bóg". Gdybym była lekarzem i miała i przyszła do mnie chora matka w ciąży żądając zabicia dziecka aby ratować swoje zdrowie to bym powiedziała - tego nie mogę zrobić. Bo dziecka nie mogę zapytać o zgodę czy chce oddać swoje życie dla zdrowia matki. A bez tej zgodny nie mogę decydować ani nikt inny także nie może decydować o jego zabiciu w imię interesu zdrowia matki. Mogę panią leczyć i dbać o to dziecko, ale nie mogę wybrać pani życia kosztem życia dziecka. Bo nikt nie dał mi takiego prawa. Takie prawo ma tylko dawca życia Bóg. Poza tym niemoralne jest ratowanie silniejszego kosztem życia słabszego. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Mamy chronić słabych i bezbronnych a nie zabijać ich w interesie silniejszych jednostek.

Aga

Zooey Glass pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Zooey Glass pisze...

Tak oto dochodzimy do paradoksu: nawet gdyby – czysto teoretycznie – zaostrzenie prawa miało spowodować rozrośnięcie się aborcyjnego podziemia i aborcyjnej turystyki, śmierć wielu dzieci i kobiet, to według nich należałoby je uchwalić, ponieważ głoszenie zasady świętości życia jest dla nich ważniejsze od samego życia.

A gdyby, nie teoretyczne, a praktycznie i w sposób statystycznie udowodniony, - zaostrzenie prawa aborcyjnego, mimo iluś wypadków nielegalnej aborcji, kilku zgonów kobiet, pewnej liczby wyjazdów na zabieg za granicę radykalnie zmniejszyło ilość zabójstw wykonywanych na nienarodzonych -

co wtedy?
?

misza pisze...

W takiej sytuacji zapytałbym Pana, czy satysfakcjonuje go, że ludzie (w tym chrześcijanie, których jest w Polsce znaczna większość) nie popełniają zła z lęku przed karą, czy też wolałby, żeby nie popełniali go z miłości do Boga i drugiego człowieka. Przyznam też, że trudno mi uwierzyć w możliwość uchwalenia takiego prawa, przy jednoczesnym nieprzekonaniu ludzi, że aborcja faktycznie jest złem. Bo rozumiem, że takie rozwiązanie Pan rozważa.

Zooey Glass pisze...

Chateaubriand nazwał hipokryzję hołdem składanym cnocie przez występek. Hipokryzja - czynienie dobra bez przekonania, że tak właśnie należy postępować, jest lepsza, niż czynienie zła. Jedną z podstawowych funkcji prawa jest budowanie poczucia tego co dobre a co złe.
Fakt, że większość użytkowników komputerów ma gdzieś ochronę tzw. "własności intelektualnej" i że jeżeli wykasuje nielegalnie pobrane warezy ze strachu jedynie słabym jest argumentem przeciw wprowadzeniu obwarowanych sankcjami regulacji prawnych w tej dziedzinie.
Absurdalne jest - a ucieka sie pan do tego wielokrotnie - twierdzenie, że Kościół ma formować sumienia, nie zaś stanowić prawo.
Po pierwsze - Kościół w państwie demokratycznym prawa nie stanowi, lecz stanowią je delegowani obywatele.
Po drugie - dlaczegóż to "albo-albo"? Kościół kształtuje sumienia po to, katolik mógł wnosić dobro, jakie za sprawą Kościoła otrzymał, w sferę publiczną. Już to w bezpośrednio, w kontaktach z bliźnimi, już to (jeżeli jest parlamentarzystą) stanowiąc dobre, zgodne z nauką Kościoła, prawo. Jedno jest w harmonii z drugim, nie ma żadnej opozycji.
Proszę się wczytać we własne słowa z komentarza powyżej.Sens Pana wypowiedzi jest taki, że lepiej by ludzie, w których nie ma miłości do Boga i bliźnich, popełniali zło, niżby mieli zachować przyzwoitość jedynie z lęku przed karą.
Jeżeli chodzi o mnie, uważam dokładnie odwrotnie - mim zdaniem dobrze jest, że ludzie, których z jakichś powodów nie stać na wolne podążanie za głosem Kościoła, (dodam, iż wierzę, że każdy może, prowadzony łaską, dojrzeć do wolności)trzymani są w ryzach przez normy prawa i obyczaj.

misza pisze...

Kościół w państwie demokratycznym nie powinien stanowić prawa, a jednak wpływa na nie, korzystając ze swojej uprzywilejowanej pozycji i łamie w ten sposób zasadę samoograniczenia, którą da się sprowadzić do sprawiedliwości. Mogę z miejsca wymienić Panu przynajmniej kilka cytatów z naszych biskupów, w tym jeden, w którym biskup wypowiadał wojnę Ministrowi Edukacji. Bardzo piękny Pan szkicuje ideał, szkoda, że mało adekwatny.

Bardzo bym sobie życzył, żeby polityczno-prawnej aktywności Kościoła towarzyszyło jego zaangażowanie w prawdziwe formowanie sumień - nie "przekonywanie przekonanych", z którym mamy obecnie do czynienia, a którego efektem ubocznym jest wykruszanie się szerokich kościelnych marginesów, lecz pełne szacunku i rozumiejące zwracanie się do wszystkich ludzi, także tych, których przekonać trudniej. Mówiąc o formacji sumień, wspomniał Pan tylko o stuprocentowych katolikach, którzy w perspektywie politycznej realizują misję Kościoła. A gdzie jego zaangażowanie społeczne, poradnie, ośrodki, specjaliści? Tego w Polsce prawie nie ma, o czym wie Pan równie dobrze jak ja.

Pisze Pan: "dobrze jest, że ludzie, których z jakichś powodów nie stać na wolne podążanie za głosem Kościoła (dodam, iż wierzę, że każdy może, prowadzony łaską, dojrzeć do wolności), trzymani są w ryzach przez normy prawa i obyczaj". To zdanie budzi we mnie jak najgorsze skojarzenia. Nie wystarczy już prób podporządkowania ludzkiej wolności jakiejś wszechogarniającej racjonalności, która pokaże ci, człowieku, jak masz realizować swoją wolność? Proszę podstawić zamiast słowa "Kościół" dowolne inne. Proszę to następnie przeczytać. Nie niepokoi to Pana? Mnie by zaniepokoiło.

Jesteśmy ludźmi wierzącymi we wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie Boga, który przyszedł odnaleźć człowieka w jego słabości. Biorąc przykład z Niego, też powinniśmy postarać się ludzi odnajdywać, a nie zwalać prowadzenie naszej chrześcijańskiej misji na prokuraturę. Kościół, nawet polski, przestaje już być niekwestionowanym nauczycielem, który może narzucać swój światopogląd świeckiemu państwu. I może dobrze się dzieje, bo może wreszcie, nie popełniając Pańskiego błędu, my, chrześcijanie, zaczniemy zastanawiać się nad tym, dlaczego jesteśmy tak fatalnie nieskuteczni.

Tak bardzo liczy Pan na prawo, a - jeśli przyjrzeć się tendencji politycznej i społecznej - nie bardzo ma Pan na co liczyć. Ustawa aborcyjna raczej nie zostanie zaostrzona, bo i przez kogo? Prędzej któryś kolejny rząd, na przykład lewicowy, ją zliberalizuje. I co wtedy? Na co się Pan powoła w obronie ludzkiego życia?

Anonimowy pisze...

Misza, niestety brak ci argumentów i jesteś nieprzekonujący.

Aga

Zooey Glass pisze...

Przepraszam za niestosowny ton wypowiedzi.

Chcąc lepiej zrozumieć Pańskie stanowisko gorąco proszę o podanie definicji aborcji; definicji klasycznej - przez rodzaj i różnicę gatunkową. Chodzi mi o to, by znaleźć się na gruncie realizmu, by uwolnić się od ideologicznych szumów i kontekstualnych nieporozumień.

Jeżeli w swoich wypowiedziach używam tego terminu, to w rozumieniu: ABORCJA - umyślne pozbawienie człowieka życia, dokonane w jego okresie prenatalnym.

Jaka jest pańska definicja aborcji?

misza pisze...

Przez "aborcję" rozumiem "zabieg usunięcia ciąży". Zaletą tej definicji jest to, że - jak przypuszczam - wszyscy są w stanie się na nią zgodzić, nawet jeśli różnią się co do jej interpretacji.

Definicja proponowana przez Pana jest za wąska. Wśród zwolenników aborcji są oczywiście ludzie "nieuporządkowani moralnie", którzy uznają płód za człowieka, a mimo to - nie będąc w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia matki - decydują się go zabić w imię czegoś. Są następnie ludzie, którzy nie poddają ontycznego statusu płodu żadnej refleksji, choć tych pewnie jest niewielu. Są wreszcie i osoby, które sprawę przemyślały i wciąż mają w niej opinię inną od naszej. One - w co wierzymy - pozbawiają życia nienarodzonego jeszcze człowieka, ale z całą pewnością nie robią tego umyślnie, ponieważ w ogóle nie uważają go za człowieka. Tego ostatniego przypadku Pana definicja nie obejmuje.

Pytanie, które wyłania się z tego zagadnienia i na które trudno mi odpowiedzieć, brzmi: Czy da się pomyśleć, że ocena tych ostatnich nie jest naznaczona ignorancją? Pytanie to odsyła nas do zagadnienia prawa naturalnego jako czegoś, co każdy może odkryć i przyjąć, niezależnie od swojej wiary bądź niewiary. Daje mi do myślenia fakt, że o uniwersalnym charakterze formuł prawa naturalnego przekonani są przeważnie chrześcijanie. Znacznie bardziej pewnym gruntem w dyskusji z ateistami są prawa człowieka, ale akurat w przypadku aborcji pojawia się pytanie, czy płodowi przysługuje status człowieka wraz z przynależnymi mu prawami, czy też nie.

Czytałem ostatnio jeden z tekstów Tomasza Terlikowskiego, w którym ten drwił z ludzi niegodzących się z prawem uchwalonym przez jeden ze stanów USA. W stanie tym - jeśli dobrze pamiętam - przed wykonaniem zabiegu matka musi posłuchać bicia serca swojego dziecka. Może to Pana zdziwi, ale - przy osobistej niechęci do sposobu, w jaki wypowiada się Terlikowski - nie uważam tego prawa za głupie czy opresywne (to tylko moja intuicja i nie wykluczam, że ktoś mnie przekona do odmiennego poglądu). Niełatwo jest chyba podtrzymać twierdzenie, że ośmiomiesięczny płód nie jest człowiekiem, gdy już się go zobaczy, usłyszy.

Trudniejsze wydaje się do zaatakowania podobne przekonanie pod adresem np. zygoty. Spróbuję Pana uprzedzić: zdaję sobie sprawę z tego, że po "naszej" stronie nie brakuje dobrych argumentów. Jeden z nich odnosi się do arbitralności ustalania początku życia ludzkiego jako czegoś kompletnie nieuzasadnionego (najbardziej uzasadnione logicznie wydają się dwa momenty: zapłodnienie i narodziny, ale ten drugi jest słabo uzasadniony empirycznie). Inny argument każe nam powstrzymać się od działania, jeśli nie jesteśmy pewni, czy mamy do czynienia z człowiekiem, czy też nie. Znam te argumenty i widzę ich wartość, a jednak obawiam się, że żaden z nich może nie okazać się rozstrzygający. I bardzo nad tym ubolewam.

Serdecznie Pana pozdrawiam.

Zooey Glass pisze...

Pisze Pan: Przez "aborcję" rozumiem "zabieg usunięcia ciąży". Zaletą tej definicji jest to, że - jak przypuszczam - wszyscy są w stanie się na nią zgodzić, nawet jeśli różnią się co do jej interpretacji.

Widzi Pan – właśnie dlatego prosiłem o porządną definicję, by znaleźć się na gruncie realizmu, by przyjrzeć się rzeczom takim, jakie są. By móc prowadzić dialog. Pańska definicja jest, za przeproszeniem, funta kłaków warta. Nie jest to definicja w sensie filozoficznym, lecz leksykalnym. Nazywa się to ipsum per ipso.To błąd, który sprawia, że nie posuwamy się o krok w myśleniu, rozumieniu świata. Cóż to bowiem znaczy „zabieg usunięcie ciąży” pytam Pana? Aborcja? Dalej więc cierpliwie czekam na definicję obojętne, aborcji, czy „zabiegu usunięcia ciąży”. Pozdrawiam serdecznie.

PS: zachowuje anonimowość, korzystając z praw, jakimi się rządzą fora internetowe. Jeżeli rzeczywiście chce Pan z jakiegoś powodu poznać moją tożsamość, proszę się do mnie zwrócić, prześlę Panu dane na priva.

misza pisze...

Co do Pańskiej anonimowości - nie przeszkadza mi ona, dopóki, bezpiecznie za nią ukryty, nie atakuje w nieładny sposób Pan Klubu Inteligencji Katolickiej lub mnie.

Co do kierunku w jakim zmierza ta rozmowa - trochę mnie martwi, że chcąc zaangażować się w dyskusję i zaczynając czytać nasze posty, mało kto będzie miał ochotę doczytać je do końca, natykając się na nazwisko Chateaubrianda czy "błąd logiczny ipsum per ipso" (swoją drogą, zapisany z błędem gramatycznym, bo przyimek "per" łączy się w łacinie z biernikiem). Nie wiem, po co używać takiego języka do dyskusji na forum internetowym, ale i nie muszę tego rozumieć.

Uważam, że nigdy na tym świecie nie oglądamy rzeczy takimi, jakimi są. Nasze doświadczenie świata jest konstytuowane przez naszą świadomość, nasz język, naszą kulturę. W akcie definiowania nie tyle opisujemy, ile nadajemy sens.

Spore różnice w definicjach pojawiają się nie tylko w różnych kulturach (niektóre w ogóle definicji nie znają), ale i w obrębie tej samej kultury, co widać w sporach o aborcję. Pan i ja zostaliśmy ukształtowani przez światopogląd chrześcijański, który - nawiasem mówiąc - w dużej mierze ukształtował to, co można by nazwać zachodnim doświadczeniem świata. Dla nas obydwu człowiek "zaczyna się" w momencie poczęcia. Więcej, wierzymy, że tak JEST. I dlatego chcemy przekonać do tego innych. Jak się do tego zabrać?

W moim przekonaniu rozpoczynanie od definiowania aborcji jako "umyślnego pozbawienia człowieka życia, dokonanego w jego okresie prenatalnym" jest kiepskim pomysłem. Zamiast postarać się, by drugi człowiek doświadczył świata podobnie jak Pan go doświadcza, zaczyna Pan - w zasadzie - od nieuzasadnionego nazwania go "zabójcą". Przerzucanie się definicjami nie rozwiąże naszych problemów światopoglądowych, bo definicje stanowią dokładny wyraz samych światopoglądów. Innymi słowy: na gruncie definicji próbuje Pan rozwiązać problem, który na gruncie definicji się zrodził. Nie jestem pewny, czy dzięki temu - jak Pan pisze - możliwy staje się dialog.

Inna rzecz, że nie odniósł się Pan do błędu, który wytknąłem Pana definicji. Lepsza chyba neutralna definicja leksykalna, niż definicja - jak Pan mówi - filozoficzna, ale obarczona poważnym błędem.

Pozdrawiam.

Michal Ginter pisze...

A więc, Miszo, przekroczyłeś Rubikon? Do tej pory w dyskusjach na temat Kontaktu zawsze podkreślałem, ze przy wszystkich prezentowanych tam pogladach niezgodnych ze stanowiskiem Kościoła nie mówicie nic o aborcji i eutanazji. Jak widać, i na to przyszła kolej, od rzemyczka do koniczka. Teraz uzasadniasz dopuszczalność aborcji, zapewne w najblizszym numerze (o starości) doczekamy sie uzasadnienia dla zabijania staruszków. Ciekawe, dokąd Cię to zaprowadzi...

Zooey Glass pisze...

Ma Pan rację, chcąc przyszpanować, zrobiłem błąd w łacinie, zasłużenie dostałem po uszach. Miało być oczywiście idem per idem. Trudno, poszło jak poszło, vivat anonimowość!

Napisał Pan Lepsza chyba neutralna definicja leksykalna, niż definicja - jak Pan mówi - filozoficzna, ale obarczona poważnym błędem. Jak rozumiem, tę podaną przeze mnie krytykuje Pan nie dlatego, że jest definicją fałszywą (Pan sam zgadza się, że człowiek żyje od momentu poczęcia), a z tego głównie powodu, że przyjęcie jej utrudnia dialog z ludźmi, którzy w aborcji nie upatrują zabójstwa. W tym punkcie ma Pan rację. Jaka jest jednak alternatywa? Jeżeli nie wykona się fundamentalnej pracy w adekwatnym opisywaniu świata, skazani jesteśmy na niekończące się międlenie o „zgwałconej jedenastolatce”, zaś panie Nowicka czy Senyszyn ze śmiechem owiną nas dookoła palca.

Woli Pan zmieniać świat, niż go opisywać... Cóż, jeżeli chce Pan trwać przy swej quasi-definicji – proszę bardzo. Uprzedzam jednak, że bardzo łatwo stać się „pożytecznym idiotą” dla proaborcyjnego lobby.
Proszę mieć tego świadomość.

Zooey Glass pisze...

Pozwoli Pan jeszcze, że opowiem historie z życia. Na zakończenie (to już mój ostatni w tym wątku post). Jestem już stary – da Pan wiarę, że ze wspomnianym przez Pana Juliuszem Eską wspólnie spędzaliśmy wakacje w podhalańskim Piekiełku (sic!) na przełomie lat 50'/60'? Mój wiek daję mi nad Panem przewagę (w żadnym wypadku wyższość) – w ciągu życia dane było mi zaobserwować ogromną zmianę, z której być może, nie zdaje sobie Pan sprawy. Zmianę, która napawa mnie otuchą.

Otóż w latach '60 mój licealny kolega Z. poprosił mnie o pożyczenie 200 zł na”skrobankę”, bo jego dziewczyna „wpadła”. Na szczęście nie musiałem, bo alarm był fałszywy, ale pożyczyłbym mu, dlaczego nie? Na skrobankę? („Dlacego panowie zabierają tatusia?”, „Nic takiego, zrobimy mu ścinankę.” „A dlacego tatuś nie ma główki i się nie rusa?”). Byliśmy poczciwymi licealistami w mrocznych czasach PRL-u. Zarówno kolega Z. Jak i ja chodziliśmy do kościoła, co nieco o świecie wiedzieliśmy, ale „skrobanka” była dla nas „skrobanką”, rozumie mnie Pan? Ot, kłopot, wydatek... Nasze sumienia były na miarę naszego świata. A kto wówczas głośno mówił, jaka jest istota sprawy? Druga historia z życia. W latach późniejszych, studenckich, zaszła w ciążę jedna z koleżanek. Była to dziewczyna w żaden sposób z Kościołem nie związana, wolnomyślna, artystyczna dusza. Po odbyciu przepisanej prawem procedury dokonała aborcji. Nie minęły dwa dni, zaczął się jej koszmar – sama siebie nazwała morderczynią, ta świadomość nie dawała jej spokoju i nie opuszczała jej aż do tragicznej, być może samobójczej, śmierci (zmarła mniej więcej w Pana wieku). Przypominam – były to lata późnego wprawdzie, ale jeszcze PRL-u. Nie było mowy o atmosferze nagonki, publicznego potępienia kobiet dopuszczających się aborcji, a już w żadnym wypadku w środowisku w którym żyła i które udzieliło jej bezwarunkowego wsparcia. To odezwało się obudzone sumienie.

Dlaczego o tym piszę? Otóż istotą zmiany, której jestem świadkiem, jest rodzenie się (odrodzenie?) świadomości, która każe nazywać rzeczy po imieniu. Już nie ma mowy o niewinnej „skrobance”. Obecnie kulturalny człowiek, który myje ręce po wyjściu z WC, segreguje plastiki, użala się nad lasem deszczowym i zapala świeczkę pod ambasadą Chin na znak solidarności z Tybetańczykami, nie może traktować aborcji tak beztrosko, jak myśmy ją traktowali. Kulturalny człowiek początku XXI wieku wie, że aborcja jest umyślnym zabójstwem nienarodzonego człowieka i jakoś musi z tą świadomością się uporać.

Pomijając wypadki ekstremalne, większość ludzi musi, chcąc zachować integralność duchową, odpowiedzieć we własnym sumieniu - „dlaczego dopuszczam w pewnych sytuacjach zabójstwo na bezbronnym?”, „jakie dobra chronię zgadzając się/nie zgadzając się na penalizację tej formy zabójstwa?”. I jeżeli taka przemiana społecznej świadomości nastąpiła, to w dużej mierze za sprawą Kościoła. Można mieć zastrzeżenia co do ilości domów samotnej matki, „okienek życia”. Można mieć zastrzeżenia co do formy, czy tonu nauczania. Niemniej jednak dokonał się ogromny postęp – i dzięki Bogu, że tak się stało. Ktoś, kto obejrzał „Niemy krzyk”, czy uliczną wystawę, pokazującą fizyczne realia aborcji, nie będzie takim tępym głąbem, jakim z automatu ja (i większość mego pokolenia) byłem w młodości. Może wybierać – myśmy nie mogli...

misza pisze...

-> Ad Zooey Glass

Szanowny Panie,

Myślę, że nasza dyskusja do czegoś mimo wszystko doprowadziła. Cieszę się, że mogłem powymieniać argumenty z kimś, kto wiele wymaga od swojego oponenta. Mam nadzieję - i piszę to zupełnie szczerze - że nie tylko ja się czegoś nauczyłem.

Życzę dobrej nocy.

-> Ad Michał Ginter

Michale, szkoda, że tak zrozumiałeś nasz redakcyjny głos w sprawie aborcji. Nie wyczytałeś z niego, że życie jest dla nas czymś świętym, że aborcję uważamy za zło. Starałem się, by zabrzmiało to wyraźnie - nie twierdzę, że "są sytuacje, w których należy zabić". Twierdzę tylko, że są sytuacje, zapewne stosunkowo nieliczne, w których trzeba powstrzymać się od oceny i przyjąć do wiadomości, że się nie rozumie.

Cały tekst Chrześcijanin wobec aborcji miał pokazać, że jeśli zależy nam - a zależy - na zmniejszeniu ilości wykonywanych aborcji, to całkowicie trzeba zmienić strategię. Nie wystarczy wymagać, trzeba też pomagać, dawać przykład, mówić innym językiem. Nie pisalibyśmy o tym wszystkim, gdyby nam nie zależało.

Z tego wszystkiego wynika dla Ciebie tylko tyle, że "uzasadniam dopuszczalność aborcji". OK. Niech i tak będzie. Ale o tym, co będzie w numerze o starości, przekonaj się sam, już niedługo. Na wypadek, gdybyś miał poczuć się rozczarowany, dam tylko znać, że akurat o zabijaniu staruszków nie piszemy.

Pozdrawiam!

Paweł Cywiński pisze...

Wszystkim uczestnikom i i obserwatorom tej dyskusji chciałbym przedstawić pewien ciekawy głos w tej sprawie:
" Aborcja z definicji ma miejsce jedynie wtedy, gdy czyni się coś po to, by zabić niewinne dziecko, a nie po to, by ratować zagrożone życie matki.": http://www.areopag21.pl/w_poszukiwaniu_prawdy/artykul_412.php