poniedziałek, 13 czerwca 2011

Edukacji wiek przespany

Wreszcie. Upragniony koniec roku szkolnego. Uczniowie i nauczyciele w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku porozjeżdżają się na wakacje. Z poczytnych czasopism i ław sejmowych na kilka miesięcy znikną tematy edukacyjne. A nie powinny.

Dyskusją o jakości polskiej edukacji zawładnęły tematy zastępcze. Kontrowersyjny pomysł dawania komputera każdemu pierwszoklasiście, krytyka programu opartego na przygotowania do egzaminów, sprawdzających na każdym etapie wiedzę uczniów czy dyskusja sprzed kilku lat o liście lektur i obowiązku noszenia przez uczniów mundurków w szkołach, odsuwają nas tylko od prawdziwych problemów polskiej edukacji. Jej kryzys jest znacznie głębszy i dotyka wszystkich jej sfer.

Polski model opiera się na systemie edukacyjnym wymyślonym w Prusach w XIX stuleciu. System wymyślony przez Johanna Friedricha Herbarta powstał z myślą o wychowaniu robotników pracujących przy taśmach w XIX wiecznych fabrykach. Największą cnotą, której szkoła mogła nauczyć, było posłuszeństwo. Panujący w szkole rygor służył ukróceniu wychylających się w którąkolwiek stronę indywiduów. Nieprzystosowanych i zadających zbyt wiele pytań spotykała surowa kara.

Polski system edukacyjny, ze swoim programem ukrytym i jawnym, służy wychowywaniu takich właśnie robotników. Z założenia szkoła przekazuje dziś wiedzę i ją sprawdza, zamiast wyposażyć ucznia w umiejętności pozwalające ją zdobywać. Uczeń, stając przed nowym problemem, szuka z asortymentu dostępnych rozwiązań, zamiast ruszyć głową i poszukać nowych, niestandardowych. W przyszłości często będzie mierzył się z problemami nowymi, wymagającymi nowych odpowiedzi i wtedy bezradnie rozłoży ręce. Szkoła nie uczy odpowiedzialności i umiejętności autoprezentacji. Po co one robotnikowi? Jeśli przyjąć, że głównym zadaniem szkoły jest przygotowanie ludzi do dorosłego życia, szkoła świetnie sobie z tym zadaniem radzi – przygotowuje kompetentnych robotników do pracy w nieistniejących XIX wiecznych fabrykach.

Pierwszymi ofiarami naszej kulawej edukacji są absolwenci szkół. Często wykształceni, znający języki, nie umieją znaleźć sobie miejsca na rynku pracy. W "Gazecie Wyborczej" w marcu tego roku ukazał się cykl artykułów pt. „Stracone Pokolenie”, opisujący ciężką sytuację młodych. Opisy ich historii pokazywały jedno – nikt nie uczy ich, jak radzić sobie na dzisiejszym rynku pracy. Dziś rynek bardziej ceni niezależność, elastyczność oraz umiejętności wymyślania i stosowania niestandardowych rozwiązań, niż wiedzę wyniesioną ze szkoły. Dzisiejszy pracownik musi wiedzieć, jakimi umiejętnościami góruje nad rówieśnikami, umieć się wypromować i sprzedać. Musi znać swoją wartość niemierzoną (w każdym razie nie tylko) ilością fakultetów i szkolną wiedzą. Herbartowska szkoła go tego nie nauczy.

Dzisiejsza szkoła boryka się z dramatycznymi problemami. Największym z nich jest to, że przespała rewolucyjny wiek XX i nie odpowiada na potrzeby swoich czasów. Fatalna sytuacja edukacji wymaga rozwiązań rewolucyjnych. Przygotowanie takiej rewolucji edukacyjnej wymaga przemyśleń, rozsądku i wielkiej publicznej debaty. Przede wszystkim jednak trzeba uświadomić sobie jej konieczność i zacząć o niej otwarcie rozmawiać, zamiast skupiać się na detalach jak nieszczęsne testy i komputery dla pierwszoklasistów, które, choć ważne, nie stanowią istoty problemu.

Maciek Onyszkiewicz

11 komentarzy:

misza pisze...

Maćku,

Co do zasady się zgadzam. Nawet więcej, podzielam Twój niepokój związany z tym, że o reformie szkoły myśli się w sposób niewystarczająco głęboki, tj. niesięgający fundamentów tej instytucji, które są zarazem fundamentami problemów, jakie z nią mamy. A jest ich niemało. I chyba tego trochę zabrakło mi w Twoim tekście - żeby wskazać nie tylko niedostatki szkoły, ale i aspekty jej funkcjonowania, które autentycznie niszczą człowieka, odbierają mu wolność i odpowiedzialność myślenia, w zamian nie oferując nawet dyscypliny myślenia. Które wpuszczają młodych ludzi w kanał nikomu niepotrzebnego nabijania sobie średnich i ścigania się o oceny, na boku pozostawiając ich (nie)umiejętność współpracy. Które - i o tym co nieco napisałeś - wypychają ich głowy (Adam H. może się tu ze mną nie zgodzić) niezbyt potrzebną wiedzą, służącą często tylko za instrument tresury, a nie pobudzają dociekliwości, nie rozwijają umiejętności stawiania mądrych pytań i samodzielnego poszukiwania na nie odpowiedzi. Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonany o tym, że warto poświęcić szkole numer "Kontaktu".

Strzała!

Anonimowy pisze...

Maciek! jeden z Twoich zarzutów wobec szkoły dotyczy faktu, że nie daje ona umiejętności przydatnych na rynku pracy. Ja natomiast wcale nie jestem pewna, czy taki powinien być cel szkoły. Czy na pewno wszystko to, czego wymaga od Ciebie rynek jest fajne? piszesz: "Dzisiejszy pracownik musi wiedzieć jakimi umiejętnościami góruje nad rówieśnikami, umieć się wypromować i sprzedać." To sugeruje, że pracownik musi umieć sprzedać nie tylko swoje umiejętności, ale i "się" sprzedać - czyli przystać na wyścig szczurów, w którym ocenie podlega cała jego osobowość.
Oczywiście można powiedzieć, że czy nam się to podoba czy nie, takie są zasady rynku pracy, na który prędzej czy później trafimy. Ja jednak wolałabym szkołę, która uczyłaby krytycznie spojrzeć na tego typu reguły. Tak, by jej uczniowie, gdy dorosną, wiedzieli w co się pakują. Albo najlepiej, żeby chcieli coś w tych regułach zmienić.
pozdrawiam,
Kosta

maciekony pisze...

Kosta, dziękuje za komentarz. Wierz mi, że jestem ostatnią osobą, która oczekuje od szkoły, że ta będzie wpychać wychowanków w wyścig szczurów. Świat musi być jednak jakoś zorganizowany. Człowiek żeby przetrwać musi wyrabiać (ew. przetwarzać) jakieś konsumpcyjne dobra (choćby tylko podstawowe, jak żywność). Abstrahując od tego, o jakim porządku świata marzymy musimy w nim tą podstawową zasadę zachować - jest biologicznym warunkiem przetrwania. Dzisiejszymi realiami jest wolny rynek, a warunkiem funkcjonowania w nim - umiejętność znalezienia takich swoich cech, które inni uznają za na tyle cenne, że są w stanie za korzystanie z nich zapłacić (choćby i na zasadzie handlu wymiennego). Fragment mojego tekstu na który się powołujesz odnosi się z resztą bezpośrednio do ukutego przez GW "Straconego pokolenia" - ludzi, którym kiedyś wmówiono, że nauka i zdobywanie "papierów" jest podstawowym warunkiem osiągnięcia sukcesu, a którzy dziś obudzili się ze świadomością, że choć tyle wiedzą, tak mało umieją. I że nikt ich wiedzy nie kupi, a zatem są skazani na biedę. W innym fragmencie zwracałem uwagę na to, że szkoła powinna uczyć umiejętności radzenia sobie w sytuacjach nowych, szukania lepszych rozwiązań i krytycznej oceny rzeczywistości. To cechy o których piszesz i Ty i tu się zgadzamy. Wydaje mi się, że i jedno (radzenie sobie na rynku, jaki by on nie był) i drugie (krytyczna ocena rzeczywistości i gotowość zmieniania jej na lepsze) powinno być edukacyjnym i wychowawczym celem szkoły. Pozdro,
Maciek

misza pisze...

Piękni jesteście i pięknie piszecie, ale zastanawiam się, czy da się odseparować funkcjonowanie szkoły, która jest w końcu instytucją państwową, od funkcjonowania państwa, wraz z jego stroną ekonomiczną, w ogóle. Naprawdę możemy liczyć na to, że szkoła - finansowana z budżetu państwa, opierającego się na wpływach z podatków narzuconych na gospodarkę wolnorynkową - może w zorganizowany sposób podkopywać zasady, jakimi rządzi się rynek? Czy nie jest tak, że żeby mogła zmienić się szkoła, potrzebna jest zmiana mentalności ludzi za nią odpowiedzialnych, a zatem i zmiana warunków ich pracy, a zatem i (pewna) zmiana sytuacji ekonomicznej? Czy, póki co, nie jesteśmy skazani na oddolną inicjatywę dyrektorów i nauczycieli, którzy "poczują misję"? Żeby szkoła mogła wychowywać, nauczyciel musiałby być wychowawcą, a nie pracownikiem... Trudno mi uwierzyć w to, że szkoła jako taka, działająca we współczesnym systemie ekonomiczno-politycznym, będzie w stanie zarazem przygotowywać do radzenia sobie w systemie i uczyć kontestacji tegoż systemu.

Maciek pisze...

Nie o kontestację tu chodzi, a o samodzielne myślenie. Jak dla mnie szkoła nie musi podkopywać uczyć podkopywania zasad panujących w świecie, ale uświadamiać uczniów, że są tego świata gospodarzami.

misza pisze...

I to jeszcze nie jest kontestacja?

Anonimowy pisze...

Nie.

żywa pisze...

Michale,
Wydaje mi się, że kontestacja jest czymś niekonstruktywnym. Poprzez kontestację systemu rozumiem jego zanegowanie, ale także wypięcie się nań. Szkoła powinna "uświadamiać uczniów, że są tego świata gospodarzami", pisze Maciek; jeśli ktoś czuje się gospodarzem, a w gospodarstwie-świecie coś jest nie tak, to ten bierze sprawy w swoje ręce i rzecz naprawia, ulepsza, przynajmniej próbuje. To nie jest kontestacja.
Czy może źle zrozumiałam i za kontestację systemu uznajesz już nazwanie uczniów gospodarzami tego świata?
Pzdr.

Kosta pisze...

chyba ostatnia chwila żeby coś dopisać nim problem szkoły zagubi się w "cotygodniowej dawce świeżych wpisów".
W komentarzu piszesz, że szkoła powinna uczyć i radzenia sobie na rynku i krytycznego spojrzenia. ale co zrobić jeśli te dwa zadania stoją ze sobą w sprzeczności? nie tylko od robotnika przy taśmie wymaga się konformizmu. Wystarczy przypomnieć sobie różnych znajomych z przerażeniem opowiadających o realiach pracy w korporacjach i okazuje się, że szkoła musi wybierać między produkowaniem świetnych towarów na rynek pracy a wychowywaniem pragnących ustanawiać zasady wspólnego życia obywateli. Nie czepiam się tego, że szkoła powinna dostarczać narzędzi, którymi dzisiaj się pracuje(kreatywność, umiejętność współdziałania etc.), ale tego, że w centrum stawiasz właśnie pracownika, a nie obywatela. Wydaje mi się, że podobny problem widać w dyskusji o szkolnictwie wyższym. Główny stawiany dzisiejszemu systemowi zarzut dotyczy faktu, że nie jest on dostosowany do rynku pracy. to rzeczywiście poważny problem. ale chyba nie jedyny. I często milczy sie o tym, że jest żywotnym interesem całego społeczeństwa, żeby studia służyły czemuś więcej. Chodziło mi więc o pokazanie, że jeśli pójść nieco dalej wytyczonym przez Ciebie "rynkowym" kierunkiem, można się łatwo zafiksować i dojść do zgubnych wniosków.nie wiem czy mi się udało..

misza pisze...

Zgadzam się z Kostą. Moim zdaniem wychowywanie człowieka, który poradzi sobie na rynku pracy i wychowywanie człowieka wolnego, myślącego w sposób krytyczny, tylko do pewnego stopnia dają się ze sobą pogodzić. A Ty, Maćku, milcząco zakładasz taką możliwość. Korporacje potrzebują ludzi myślących być może abstrakcyjnie, ale już niekoniecznie krytycznie. Jeśli człowiek ma się dzisiaj umieć sprzedać, to krytyczne myślenie nie jest mu do tego potrzebne, chyba że ubiega się o pracę np. w NGO-sie. Będąc trybikiem w korporacji, masz się do świata dopasować, a nie go zmieniać. Podporządkowując szkołę rynkowi, powinieneś zapewnić dzieciom mnóstwo cennych umiejętności, ale krytyczne myślenie zostaw na zajęcia pozalekcyjne. Pytanie, czy model szkoły, który byłby w dużym stopniu niezależny od oczekiwań rynku, który być może nawet by na ten rynek wpływał, jest w ogóle możliwy.

Anonimowy pisze...

Oglądając, przypomniał mi się wasz tekst. Jeśli jeszcze ktoś jest w temacie to polecam (niestety po angielsku): http://www.youtube.com/watch?v=zDZFcDGpL4U

Pozdrawiam,
Zuza