poniedziałek, 6 czerwca 2011

Kapitalizm, wersja JPII - beta

Kilka dni temu premier znów wywołał do tablicy dyżurnego katolika PO, Jarosława Gowina, mówiąc dziennikarzom, że jedną z pierwszych rzeczy, którą chciałby zająć się w przyszłej kadencji jest przygotowanie ustawy dotyczącej związków partnerskich (czy w tym homoseksualnych? – tak rozumie przekaz przynajmniej lewe skrzydło Platformy). Na łamach piątkowej GW Gowin zarzeka się, że w zgodzie ze swoim sumieniem „ręki do tego nie przyłoży” - tzn. nie podniesie jej w odpowiednim momencie głosowania nad ustawą legalizującą związki partnerskie.

Należy pochwalić konsekwencję posła Gowina i determinację w postępowaniu w zgodzie z własnym sumieniem. Z drugiej jednak strony straszno, że donośny głos zarówno duchownych jak i świeckich katolików słychać wyłącznie, gdy roztrząsanych jest kilka drażliwych i nośnych medialnie kwestii: praktycznego wymiaru aborcji, prawnej regulacji zabiegów in vitro i „promocji homoseksualizmu”. W efekcie można mieć wrażenie, że od soboru w Nicei (325 r.) katoliccy myśliciele i hierarchowie skupiają się wyłącznie na tych trzech zagadnieniach, a dorobek społecznej nauki Kościoła, w tym encyklikę Jana Pawła II traktującą o godności człowieka pracy, powinniśmy uznać za niebyły.

A Laborem exercens (łac. Wykonując pracę), choć powstała dokładnie trzydzieści lat temu, doskonale wpisuje się w problemy dzisiejszej neoliberalnej rzeczywistości gospodarczej w Polsce. Papież pisze o wartościach nieprzemijalnych: że z pracy człowiek czerpie godność, że jest wobec niej nadrzędny, że nie może być sprowadzony do roli maszyny i co za tym idzie, ma prawo do wzięcia części odpowiedzialności za organizację pracy i prawo do sprawiedliwej płacy. Ale w encyklice Jana Pawła II można znaleźć zarys konkretnych rozwiązań, kierunek w którym powinna iść organizacja przedsiębiorstw, aby nauczanie Kościoła dotyczące warunków pracy było tam możliwie najpełniej realizowane:

[14] „Z tego punktu widzenia nadal pozostaje rzeczą nie do przyjęcia stanowisko „sztywnego” kapitalizmu, który broni wyłącznego prawa własności prywatnej środków produkcji jako nienaruszalnego „dogmatu” w życiu ekonomicznym. Zasada poszanowania pracy domaga się tego, ażeby prawo to było poddawane twórczej rewizji tak w teorii, jak i w praktyce.

[…]

W tym świetle nabierają wymowy szczególnej słuszności liczne propozycje wysuwane przez przedstawicieli katolickiej nauki społecznej, a także przez sam Nauczycielski Urząd Kościoła. Są to propozycje mówiące o współwłasności środków pracy, o udziale pracowników w zarządzie lub w zyskach przedsiębiorstw, o tak zwanym akcjonariacie pracy itp.

[…]

O uspołecznieniu można mówić tylko wówczas, kiedy zostanie zabezpieczona podmiotowość społeczeństwa, to znaczy, gdy każdy na podstawie swej pracy będzie mógł uważać siebie równocześnie za współgospodarza wielkiego warsztatu pracy, przy którym pracuje wraz ze wszystkimi. Drogą do osiągnięcia takiego celu mogłaby być droga połączenia, o ile to jest możliwe, pracy z własnością kapitału i powołania do życia w szerokim zakresie organizmów pośrednich o celach gospodarczych, społecznych, kulturalnych, które cieszyłyby się rzeczywistą autonomią w stosunku do władz publicznych”.

Papież kładzie więc nacisk na konieczność budowy czegoś, co można nazwać „kapitalizmem z ludzka twarzą”, opartego głównie na współposiadaniu przez pracowników co najmniej części dóbr przedsiębiorstwa (albo samego przedsiębiorstwa - akcjonariat pracowniczy) i możliwości współdecydowania pracowników o jego losie. Ma to pozwolić uniknąć sytuacji niestety wciąż właściwej dla większości gospodarek kapitalistycznych, w której wypracowane przez przedsiębiorstwo zyski są skrajnie nierównomiernie dzielone  - właściciele przedsiębiorstwa bogacą się, ale płaca szeregowych pracowników nie wzrasta ani trochę.

W jaki sposób temu przeciwdziałać? Tworzyć niezależne „organizmy pośrednie o celach gospodarczych”, czyli wszelkie stowarzyszenia, spółdzielnie i kooperatywy. W dużym uproszczeniu funkcjonują one tak: zbiera się grupa osób mająca pomysł na interes i wkładają w niego pieniądze (np. z kredytu). Są pracownikami, ale tez współwłaścicielami przedsiębiorstwa. Cały wypracowany zysk przeznaczany jest na płace pracowników (którzy sami ustalają jej wysokość), a reszta inwestowana jest w cele statutowe organizacji (np. dalszy rozwój przedsiębiorstwa). W tej sytuacji nie istnieje zatem układ „kapitalista-krwiopijca” versus jego wychudzeni podwładni, który to układ w rozumieniu Kościoła nie broni się moralnie. A gdyby wyobrazić sobie, że dodatkowym zapisem w statucie może być na przykład dofinansowywanie ochronek dla samotnych matek, które zdecydowały się urodzić niechciane dziecko… Utopia?

Nie, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie przedsiębiorstwa mogłyby działać w oparciu o powyższe zasady. Właściwie rzecz biorąc, realne jest to tylko w przypadku małych przedsiębiorstw, których jednak jest większość. Świadomie pominąłem też jednostkowy aspekt sprawy – niezależnie od sytuacji prawnej instytucji, przełożony ma obowiązek dbania o warunki pracy swoich podwładnych – to jednak nie jest to sprawa dla polityków.

Zatem co nią jest? Do czego poseł Gowin, który niewątpliwie zna encyklikę Laborem exercens, mógłby z czystym sumieniem „przyłożyć rękę”? On i jemu podobni posłowie – katolicy powinni przygotowywać programy promocji idei spółdzielczości w miastach i na wsi i prawnie ułatwić ich funkcjonowanie. Dzięki temu może uda się kiedyś doścignąć ten zlaicyzowany, niańczący homoseksualistów Zachód, gdzie dochodowe wiejskie spółdzielnie mleczarskie to norma. A Episkopat? Wiemy doskonale, że Kościół potrafi wywierać nacisk na polityków, dlatego wciąż mam nadzieję, że duchowni przestaną zajmować się wyłącznie problemem in vitro i zwrócą wreszcie uwagę na taką błahostkę jak prawa pracownicze.

Cyryl Skibiński

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Cyryl, bardzo ładny tekst, trudno się nie zgodzić z ogólnym przesłaniem (tzn. żeby katolicy, w tym posłowie, zajęli się czymś konstruktywnym i wychodzącym poza sferę seksualności ), choć kilka fragmentów jest ciężkich do przyjęcia.

Nie rozumiem na przykład, czemu dbanie o warunki pracy podwładnych to "nie jest sprawa dla polityków". Moim zdaniem jest, a dla polityków określających się mianem katolickich już szczególnie. Wiele obecnych regulacji dotyczacych warunków pracy(odróżniających dzisiejszy kapitalizm od tego z XIX wieku) jest właśnie wynikiem działań politycznych i presji na polityków. Polityka w tym wypadku zastępuje brak jednostkowego wyczucia moralnego u pracodawcy.

Co do programów promocji spółdzielczości, to też nie jestem pewien, czy to powinno być zadanie polityków - raczej szerszego grona ekspertów i organizacji pozarządowych. Zresztą wątków, które można na podstawie Laborem Exercens podnosić jest więcej - np. rola związków zawodowych, które (wg. encykliki) mają obowiązek dbania o wszystkich pracujących, albo sprawiedliwa płaca (nieco niejasno tam opisana) – której koncepcja powinna być rozwijana i promowana w dzisiejszym świecie.

Ciekaw też jestem, jakie widzisz bariery dla rozwoju spółdzielczości, które politycy powinni usuwać?

Co do Twojej wizji przedsiębiorstwa, to można sobie równie dobrze wyobrazić duże przedsiębiorstwo, z rozproszonym akcjonariatem, które też ma wpisane do statutu szczytne cele. Coraz więcej przedsiębiorstw zresztą tak robi - nawet jeśli nie przez zapisy statutowe, to przez angażowanie się w różnego rodzaju akcje społeczne i charytatywne (np. koncepcja Społecznej odpowiedzialności biznesu). Nie ma też powodu, żeby pracodawca nie negocjował z pracownikami wysokości płac i uzależniał je od wyników przedsiębiorstwa. Utopię można naszkicować w każdym systemie. A Ty konstruujesz jedną (spółdzielczą) i przeciwstawiasz ją wypaczonej wizji innego systemu ("skrajnie nierównomiernie dzielone zyski"; "kapitalista-krwiopijca"). To nie służy obiektywnej analizie "za" i "przeciw" obu systemów.

Z poważaniem,
Ignacy Ś.

rydzyx pisze...

Też myślę,że tekst Cyryla,choć słuszny, ma pewne słabości. Na pewno w samym wzorcu spółdzielczości nie kryje się klucz do "społecznej odpowiedzialności" czy jak zwał, podobnie jak prywatne przedsiębiorstwo nie jest z definicji nastawione tylko na zysk i wyzysk. Choć na pewno obydwie formuły zakładają pewne nachylenia.
Jednak moim zdaniem to nie w lukach prawnych leży słabość dzisiejszych rozwiązań z dziedziny ekonomii społecznej, ale w języku mówienia o sprawach ekonomicznych i społecznych, który panuje powszechnie w Polsce, a który wciąż operuje jednym schematem: to, co prywatne, jest dobre i skuteczne, a cała reszta to różne "przeżytki", najczęściej PRL-u.
Ruch spółdzielczy przed stu laty mógł święcić tak wielkie triumfy w Polsce (byliśmy wtedy liderem spółdzielczości na skalę europejską),bo jego język i idee wpisywały się do pewnego stopnia w "ducha czasów". Ale właśnie dlatego uważam artykuł Cyryla za bardzo wartościowy - im więcej i głośniej będziemy mówić o tego typu rozwiązaniach i problemach, tym bardziej będą się one przebijać do świadomości społecznej. I rzeczywiście rola środowisk katolickich mogłaby być ogromna, aż się prosi o zabieranie głosu w tych sprawach...Problem w tym,że nasi politycy-katolicy są tak samo bezbarwni jak cała reszta,będą mówić i zajmować się tym, co się dobrze sprzeda w (neoliberalnych w większości) mediach. A więc mam wątpliwości,czy to do nich powinny być skierowane te apele,czy nie pownniśmy najpierw pomysleć, jak stworzyć jakiś ferment wśród "ludu".
Janek Mencwel

Cyryl Skibiński pisze...

Ignacy,

Chyba rzeczywiście nie wyraziłem się jasno. Oczywiście budowa prawa pracy jest zadaniem dla polityków, zwłaszcza katolików i to jest główna teza mojego tekstu. Nie jest nim natomiast kształtowanie sumienia, czy jak to nazywasz "wyczucia moralnego pracodawcy" (to zadania raczej dla Kościoła, czy po prostu wszystkich katolików).

Oczywiście organizacje pozarządowe powinny promować spółdzielczość, ale nie widzę powodu, dla którego politycy mieliby tego nie robić, na przykład przygotowując i wdrażając program uświadamiający społeczeństwu, że spółdzielczość opłaca się i ekonomicznie i społecznie (mam wrażenie, że większości ludzi spółdzielczość kojarzy się niesłusznie z komuną, a na wsi z widmem PGR-ów).

A bariery? O pierwszej już napisałem - jest nią brak świadomości w społeczeństwie, że warto w spółdzielczość wchodzić. Myślę, że dla małych spółdzielni problemem może być zebranie potrzebnego kapitału. Jeżeli państwo założyłoby, że spółdzielcza forma organizacji przedsiębiorstwa jest społecznie opłacalna, to mogłoby zorganizować na przykład dotowane kredyty dla spółdzielców (raczej trudno taki dostać mając w zagrodzie cztery mleczne krowy). To pierwsze skojarzenia, ale myślę, ze znalazłoby się na tym gruncie więcej zadań dla władz administracyjnych.

Jasne, wątków wartych poruszenia jest w Laborem exercens multum. Wszystkie, które podsuwasz są bardzo interesujące, ale nie było na nie miejsca w, i tak za długim, wpisie na blog.

Bardzo mnie kusiło, żeby wspomnieć o dużych przedsiębiorstwach stawiających sobie szczytne cele. Ale znów, z powodu ograniczonej ilości miejsca musiałem się na coś zdecydować. Zresztą w tym miejscu warto dodać, że wykładnia katolicka nie zwraca uwagi wyłącznie na zacność celów. Drugim podstawowym postulatem jest to, żeby pracownicy mieli realny wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstwa, o co w przypadku spółdzielni (jak zwracałem uwagę, niewielkiej) łatwiej niż w przypadku akcjonariatu w dużym przedsiębiorstwie.

Nie starałam się też przeciwstawiać sobie dwóch systemów ("krwiopijca" nieprzypadkowo jest w cudzysłowie). Uważam, że powinny funkcjonować równolegle (wymuszają to realia). Masz zresztą rację Ignacy, że są szefowie, którzy dbają o pracowników i są skorzy do negocjacji wysokości pensji. Jest to jednak w dużej mierze oparte na ich dobrej woli, mówiąc Twoimi słowami, na ich "wyczuciu moralnym". Spółdzielnia ma natomiast ten plus, że w ogóle ten problem znosi.

Dzięki Ignacy za krytyczne opinie.
Pzdr,