1
Postanowiłem odłożyć ideologie i potraktować wybory demokratyczne niczym równanie ekonomiczne – co muszę zrobić, aby uzyskać to, co chcę. Czynię tak, ponieważ wybory coraz bardziej przypominają mi targowisko. Pewnie nawet bardziej pasuje tu zwrot – nowoczesny supermarket. Pełen supermarketowych iluzji i konsumpcyjnych mechanizmów wabiących. Idąc do urny, czuję się, jakbym szedł do sklepu. Coś za coś. Głos za coś. Nie ukrywam, że obecna współpraca nowoczesnych narzędzi wolnorynkowych i demokracji jest dla mnie sytuacją niekomfortową. Nie umiem przejść koło praktyk demokratycznych, bez zwrócenia uwagi na dynamikę i logikę działań kapitalistycznych. Jednakże wszystko wskazuje, że muszę się do tego przyzwyczaić, nauczyć się obsługi tego tandemu, zastanowić się nad najlepszą taktyką.
2
Włączmy telewizor. Piękny, szczęśliwy i uczesany partyjny lider opowiada mi o czekającej mnie świetlanej przyszłości. Zaraz po nim piękny, szczęśliwy i uczesany aktor opowiada mi o radości malowania mojego pokoju nową szybkoschnącą farbą. Mimo, że wizualnie partyjny lider i piękny aktor niczym się nie różnią, to tak naprawdę partyjnemu liderowi bliżej jest do szybkoschnącej farby. Do zwykłego produktu. Produktu, który trzeba ubrać w przekonywające opakowanie. Tak, abym go bez namysłu kupił. 3
Jednakże handel ten nie ma nic wspólnego z partnerskimi zasadami wyniesionymi z archetypu targowiska. Posiadam jeden głos – to mój kapitał, którym racjonalnie chcę ugrać moje partykularne interesy. A demokratyczni sprzedawcy, stosując supermarketowe sztuczki, pragną ten mój racjonalizm zwalczyć. Oni boją się świadomych wyborców. Zatem by przechwycić mój głos, zostały wystawione potężne oręża – profesjonalne analizy rynku wyborczego (od psychologicznych po meteorologiczne), chwytliwe hasła reklamowe, sztaby specjalistów, dyżurni dziennikarze, semantyczni manipulatorzy i ich nęcące dźwięki, obrazy oraz emocje. Do tego dochodzą kręgi stałych klientów (bywa, że o mentalności wyznawców), wypromowane marki (w postaci nazwisk), dobrze skrojone narracje (kibicujmy partii niczym drużynie piłkarskiej, a losy kampanii śledźmy jak telenowelę), wielkie kampanijne budżety (choćby skandaliczne sto milionów złotych pochodzenia podatkowego wydane w 2011 roku). Jak nie patrzeć, równości bark. Ja chcę mieć reprezentanta swoich poglądów, oni monopol na rynku, władzę i płynące z niej korzyści. Pytanie, gdzie nasze oczekiwania się spotkają? I za ile?
4
Specjaliści już wycenili mój głos na niecałe sześć złotych. Mało skromnie powiem, że dość tanio. Światowy trend jest jednoznaczny. W ostatnich latach o wiele większe sumy zainwestowano w reklamę, niż w jakość produktów. A koszty marketingu zawsze są zawarte w cenie końcowej. Propaganda wspiera marketing, marketing propagandę. Ot, dwie twarze synonimu. Nie inaczej jest w polityce.
5
A co zrobić, gdy się nie ma na kogo zagłosować? Gdy w supermarkecie nie znajduje mojego wymarzonego produktu, to zwyczajnie z niego wychodzę. Logika podpowiadałaby mi, że w podobny sposób powinienem postąpić w punkcie wyborczym. Ups, wpadłem. Już słyszę podnoszący się szum protestu. Słyszę mantrę, niczym reklamę: „w demokracji trzeba głosować”, „nie masz prawa narzekać”, „bierność społeczeństwa”, „wybierz najmniejsze zło”, „obywatelski obowiązek”, „działasz antysystemowo”. Powtarzanych argumentów znajdzie się wiele. Tyrania demokratów pozbawia mnie wyboru – łatwo zostać zaszczutym. A najgłośniejsi są oczywiście stali klienci i obywatele partii, choć oni akurat nie mają większego problemu z wyborem.
6
Podążając za demokratyczno-kapitalistyczną analogią – ciekawe czy ci sami obywatele i demokraci byliby w stanie zapewnić mnie, że żyjąc w kapitalistycznej rzeczywistości trzeba być nieograniczonym konsumpcjonistą? W końcu, jeżeli nie konsumuję, to w oczywisty sposób staje się jednostką antysystemową. Consumo ergo sum! 7
Zatem czego możemy nauczyć się, obserwując demokrację kapitalistyczną? Możemy nauczyć się, że jeżeli żadna partia i żaden kandydat cię nie przekonuje, to racjonalniejszą strategią może być powstrzymanie się od oddania głosu lub wrzucenie głosu nieważnego, niż zagłosowanie na mniejsze zło. Jest to strategia długoterminowa, działająca w stabilnych demokracjach, wykorzystująca cały nowoczesny partyjny aparat pomiarów przedwyborczych. W myśl kapitalistycznej zasady – popyt czyni podaż – twój nieoddany głos przyczynia się do powstania pewnej formy popytu na nowość. Im więcej ludzi, podobnie do ciebie myślących, nie zmarnuje swojego głosu, oddając go na jedną z niesatysfakcjonujących ich partii, tym więcej będzie głosów niezdecydowanych. Ale potencjalnie możliwych do pozyskania przez demokratycznych sprzedawców. Tak rośnie popyt na nowość. A im będzie on większy, tym szybciej znajdzie się ktoś gotowy reprezentować twój interes. W zamian za twój głos. Wygrałeś.
Wspomoże Ciebie w tym niska frekwencja. Stali klienci oczywiście oburzą się na te słowa. I słusznie – mają inne priorytety. Tylko, gdy następnym razem zaczną szeptać swoją mantrę, niech przypomną sobie, o kogo była walka w ostatnich wyborach. O niezdecydowanych. Biznes is biznes.
9 komentarzy:
Jednej kwestii nie wziąłeś chyba pod uwagę Pawle, a może wziąłeś, ale nie doceniłeś. Że oczywiście możesz wyjść z "demokratycznego supermarketu", ale to nie znaczy, że nic nie kupisz. Kupisz, owszem, ale jeszcze mniej to, co chciałbyś. Gdyż jednak nie głosując zwiększasz proporcjonalną wagę tych głosów, które zagłosują tak, jakbyś Ty nigdy nie głosował. A wybory się mimo Twej absencji odbędą.
Jeśli zatem w "supermarkecie" nie masz tego, co chciałbyś, to jest jeszcze inny wybór - kandyduj!
Pawle,
Jakby mógł powiedzieć Churchill: "to marny supermarket, ale lepszego nie ma w mieście".
Moim zdaniem nigdy nie kupisz wymarzonego loda, a co najwyżej takiego, który jako tako będzie ci smakował.
Podoba mi się ogólna metafora sklepu oraz porównanie spotów wyborczych z reklamami. Ale, jeśli przeszkadza ci to konsumpcyjne oblicze demokracji, to moim zdaniem rozwiązanie nie polega na odwracaniu się do niej plecami, lecz na "pozytywistycznej pracy" - tak aby coraz więcej osób było świadomymi, wymagającymi i czujnymi wyborcami. Pod tym względem Polska i tak przeszła w ostatnich 20 latach głęboką odnowę. Ale w stosunku do takich tradycyjnych demokracji, jak Wielka Brytania, mamy sporo do nadrobienia.
Jednym słowem, rozwiązanie polega na tym, aby wybrać opcję najlepszą w danych warunkach, patrząc wszystkim na ręce, rozliczając ch i reagując, gdy coś robią nie tak. Tak aby demokracja nie polegała jedynie na oddaniu głosu raz na cztery lata.
Pawle, proszę, nie wychodź z supermarketu, tylko częściej jedz te lody i podnoś larum, gdy tylko zepsuje się ich smak!
Piotrze, dzięki za zabranie głosu – zgadzam się z tobą. Czasami więcej się traci nie głosując i tym samym rozdzielając głos ideom zdecydowanie niepopieranym. Wtedy najrozsądniejszą strategią jest zagłosować na mniejsze zło. Jednakże wszystko zależy od okoliczności. Czasem, gdy ma się do czynienia ze stabilną polityką, brakiem poważnych niebezpieczeństw, a głos rozdzielony nie ma szans stać się trumiennym gwoździem, bardziej może opłacać się pozyskanie swojego reprezentanta bez oddania głosu. Zazwyczaj w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja. Wszystko zależy od własnych priorytetów i okoliczności. Możliwości są różne, a nie tak jak wielu twierdzi – tylko jedyna i słuszna.
Zatem chciałem jeszcze raz wyraźnie zaznaczyć, że nieoddanie głosu w wyborach, w czasach supermarketowej demokracji, również jest w pełni rozsądnym narzędziem wyborczym. Czasem najrozsądniejszym. Choć podkreślam, tak jak i podkreśliłem w tytule mojego tekstu – czasem.
Ci co uważają, że nieoddanie głosu lub oddanie głosu nieważnego jest posunięciem niedemokratycznym, nieobywatelskim i wyklucza z możliwości marudzenia po wyborach, zupełnie zgubili na ścieżce swoich rozważań meritum sprawy – po co się głosuje. A głosuje się po to, by uzyskać reprezentacje swoich poglądów. Niewrzucenie głosu nie oznacza niewpłynięcia na władzę. Jest to tylko wpłynięcie za pomocą współczesnych narzędzi wolnorynkowych. Co doskonale się mieści we współczesnym obrazie demokracji.
Na marginesie, uważam, że nieoddanie głosu w celu wytworzenia popytu na nowość, wcale nie jest równoznaczne z uzyskaniem reprezentanta w formie nowej partii. Moje postulaty może słusznie odczytać i zagospodarować siła już istniejąca. I pięknie. Niestety najtrudniejsze w tym wszystkim jest kandydowanie – co po części wynika z supermarketowości demokracji.
Pawle, dzięki za zabranie głosu - ja nie postuluję niegłosowania w wyborach w wyniku obrażenia się na konsumpcyjną odsłonę współczesnej demokracji. Broń boże. Choć miejscami, bardzo mnie ona uwiera. Ja, natomiast, tylko proponuję, czegoś się od niej nauczyć. Nauczyć się tego, że narzędzia jakie stosuje się w czasie wyborów – święta demokracji – doskonale nadają się do wykorzystania przy uzyskiwaniu swoich postulatów. I to w całkiem demokratyczny sposób. Staram się pokazać furtkę do zagrania ze sprzedawcami na bardziej równych zasadach.
Przy tym wszystkim, jednoznacznie protestuję przeciwko modnemu dzisiaj zrównywaniu procesu niewrzucenia głosu z procesem niezagłosowania. Uważam to za manipulacje. Nie muszę wrzucać głosu z krzyżykiem, aby oddać mój głos w sposób demokratyczny. Nieoddanie głosu jest równie demokratyczne, a co starałem się wykazać, bywa że racjonalniejsze niż oddanie głosu. To wszystko są narzędzia w pełni zgodne z zasadami demokracji – i nie dajmy sobie wmówić, że muszę wrzucić głos, że to moralny obowiązek, obywatelska postawa. Wszystko zależy od tego co mi się bardziej opłaca i jakie są okoliczności.
Zatem tak jak wyjście z supermarketu nie oznacza opuszczenia kapitalizmu, tak wyjście z punktu wyborczego nie znaczy wypięcia się na demarkację. Po prostu trzeba zacząć trochę szerzej patrzeć na jedno i na drugie. A przede wszystkim na to co je łączy. To też nazywam bardziej świadomym wyborcą.
A ja zgodzę się z Pawłem. Bojkot to też forma demokratycznego wyboru. Ponieważ aby kandydować i odnieść sukces, a przy tym pozostać osobą uczciwą jest rzeczą niemożliwą to pozostaje mi tylko frustracja z powodu położenia w jakim się znajduję. Tą frustrację okazuję właśnie poprzez bojkot wyborów. Poza tym mogę nie mieć odpowiednich predyspozycji aby być politykiem ale mimo to chcę mieć swoich reprezentantów w rządzie.
Zamiast na rzetelność wszyscy kandydaci stawiają na sprzedawanie "gó.na w złotym papierku", czyli stosują metody wolnorynkowe w kampanii. Takie działania powinny być zakazane bo o ile do supermarketu mogę nie pójść, a chleb sam sobie upiec, to niestety mojego wpływu na kształt państwa nie mogę zrealizować inaczej jak tylko poprzez wybory. Gdy brakuje rzetelności w kampanii to siłą narzuca mi się życie w gorszym państwie. Nie oszukujmy się, narzędzia marketingowe mają na celu okłamanie konsumenta i są niemoralne tak na rynku jak i w kampanii.
Niestety ale w tej sytuacji nie mogę pójść na głosowanie. Bo godzenie się na mniejsze zło też jest niemoralne. Tak już jest.
Pawle, porównanie kondycji współczesnej demokracji wydaje mi się kuszące, ale wyciągnąłbym z tego porównania zupełnie inne wnioski niż ty.
Nie rozumiem, czemu zakładasz, że dopiero masowa wyborcza absencja pobudziłaby podaż. Co i rusz powstają przecież nowe twory polityczne, ostatnio PJN i Ruch Palikota. Te zazwyczaj nieudane próby nie opierają się na założeniu, że mają szansę zdobyć tylko jeszcze niezagospodarowaną politycznie część opinii publicznej (która, jak rozumiem, chciałbyś powiekszyć), ale wierzą, że odbiją wyborców istniejącym już partiom. To założenie wydaje się słuszne, zwłaszcza że zazwyczaj spora część wyborców wielkich partii wybiera w swoim przekonaniu „mniejsze zło” i tylko czeka na nowe propozycje. Sprawa jest więc otwarta.
Czy aby na pewno? Nie, i tu jest pies pogrzebany. Nasz system powoduje, że ludzie wybierają tylko między największymi partiami w obawie, że jeżeli zagłosują na swoją wymarzoną, ale słabą sondażowo partię, to stracą głos, bo ta nie wejdzie do sejmu. Co zatem zrobić, żeby partie w sejmie w bardziej zniuansowany sposób reprezentowały poglądy wyborców i zwiększyć szansę na pojawienie się na scenie nowego, liczącego się gracza?
Rozwiązania są dwa: albo znieść próg 5% i zgodzić się na mrowie małych partyjek w sejmie, albo wprowadzić możliwość głosowania na partię „drugiego wyboru”*. Polegałoby to na tym, że wyborca głosując na partię, która najbardziej odpowiada jego poglądom, może także zaznaczyć na którą partię ma przejść jego głos, jeżeli ta wymarzona nie przekroczy progu wyborczego.
Dopiero taka zmiana w ordynacji wyborczej spowoduje, że nie będziemy musieli głosować na partie, które przez swoją masowość próbują zadowolić wszystkich, a więc w pełni nie mogą zadowolić nikogo. Wcześniej trzeba by sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, czy nie lepiej, żeby rządziło decyzyjne „mniejsze zło”, niż kilka mniejszych partii bez szczególnej zdolności koalicyjnej. W każdym razie szantażem nieobecności niewiele na tym polu zdziałamy, a spowodujemy, że państwem rządzić będą przedstawiciele mniejszości, która postanowiła zagłosować.
*Myśl tę komuś ukradłem, ale za nic nie mogę przypomnieć sobie, czy jakiemuś mojemu koledze, czy któremuś z publicystów.
Cyrylu,
1. Pisząc o „popycie na nowość” i „podmiocie gotowym reprezentować moje potrzeby” nie koniecznie myślałem od razu o nowej partii. Wystarczy, że istniejący już podmiot spróbuje zagospodarować popyt na nowość, i obieca spełnienie moich postulatów. O wiele bardziej mnie interesują moje postulaty (które zazwyczaj nie są gotowym programem politycznym partii, a kilkoma ważnymi dla mnie punktami), niż to kto wciska guzik. Zatem nie ma dla mnie znaczenia, czy to są małe partie, czy stabilna większość.
2. Natomiast, jeżeli zostaniemy na poziomie nowych partii, to wydaje mi się, że Ruch Palikota poniekąd właśnie zmobilizował tych co normalnie by nie zagłosowali. RP wybadał ich poglądy i stał się ich reprezentantem. Świadczy o tym wysoka frekwencja, której nikt się nie spodziewał na takim poziomie.
3. Zgadzam się, że ludzie zazwyczaj głosują na największe partie ze strachu przed „zmarnowanym głosem”. Dzieje się tak, ponieważ panuje jakieś przedziwne przekonanie, że zagłosowanie na partię, która nie weszła do parlamentu jest głosem zmarnowanym. A tak nie jest. Podobnie zresztą jak wmawia się ludziom, że nie zagłosowanie jest antydemokratyczne. Tak też nie jest, co starałem się udowodnić w powyższym tekście. Niedemokratyczne może być co najwyżej całkowite wypięcie się na wybory. Choć, to też teza kontrowersyjna.
4. Ciekawy jest pomysł z podwójnym głosem. Trzeba by się nad konsekwencjami poważniej zastanowić.
pozdrowienia redakcyjne :)
a co powiesz na to:
http://www.isp.org.pl/publikacje,1,496.html
Dziękuję za ten raport. Bardzo ciekawa jest pierwsza – informacyjna – część raportu. Co do wniosków to wywodzą się one z zupełnie innych przesłanek niż moje. Autor raportu, zupełnie inaczej niż ja, uważa, że nieoddanie głosu szkodzi demokracji i zarazem jest antydemokratyczne. Ja uważam, że głosowanie za lub przeciw jest aktem woli – czyli z założenia jest procesem demokratycznym. Jego głównym celem jest legitymizacja własnych poglądów, a nie władzy dla władzy. Autor stwierdza też, że ponieważ i tak mało ludzi będzie z tego korzystać, to po co w ogóle mieszać w ordynacji. Choć ta ostatnia teza autora, gryzie się z później stawianą przez niego tezą, że istnieje niebezpieczeństwo wygrania opcji „na nikogo”. A zupełnie już dziwi mnie zarzut, że: „Oceniając postulat wprowadzenia w wyborach możliwości głosowania na żadnego z powyższych, z perspektywy zasad rządzących demokratycznym państwem, trudno nie dostrzec, że w gruncie rzeczy stoi ona z nimi w sprzeczności. Pozbawia bowiem instytucję wyborów swojej pierwotnej funkcji i za miast być źródłem legitymizacji władzy publicznej, delegitymizuje ją”. Ja nie widzę w tym zarzutu. Ot, demokracja.
Raport jest ciekawy, choć skupia się na prawnych i ordynacyjnych aspektach ewentualnego wprowadzenia NOTA. Mnie to nie interesuję – prawo można zmieniać, jest elastyczne. Ja stawiam nacisk na teorie demokracji w szacie narzędzi wolnorynkowych, powiem nawet więcej – szanse demokracji parlamentarnej w warunkach dominacji rynkowej w toku polityki.
Prześlij komentarz