
Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków! - pamiętacie, kto nie tak dawno tymi słowami przekonywał nas, że „Polacy muszą mieć prawo do wypoczynku”? Co za szczęście, że ów wielki mówca planował nasze masowe urlopy na plażach gorącego Egiptu dopiero na 2020 rok. Inaczej strach pomyśleć, ilu rodaków miało by teraz przechlapane przez te cholerne zamieszki. Choć w zasadzie i dziś jest całkiem gorąco – media przecież aż kipią od informacji na temat losu polskich wczasowiczów, a do kwestii polskich urlopów w „niestabilnych” krajach odniósł się nawet sam Radosław Sikorski...
Stop. Jeżeli nie dziwi was ton, w jakim piszę, to pewnie nie zwróciliście też uwagi na to, w jak tendencyjny sposób w polskich mediach podawane są informacje z Egiptu i Tunezji, w których rozpętały się właśnie dramatyczne wydarzenia na skalę, być może, naszego 1989 roku.
Z poziomu polskich serwisów prasowych można by odnieść wrażenie, że przy całej skali tych wydarzeń najważniejsze jest to, czy Polakom zwrócą się nieudane wakacje. Ja na przykład, jeżeli już myślę o naszych biednych wczasowiczach, martwię się raczej o to, ilu z nich, planując swoje wymarzone wakacje na egipskich plażach, wiedziało, do jakiego kraju jadą, jak tam się żyje, i kto to jest ten Hosni Mubarak, o którym dzisiaj tak głośno. A daleko przecież szukać nie trzeba, wystarczy wejść na polską Wikipedię:
Hosni Mubarak - Prezydent Egiptu od 14 października 1981, kiedy doszło do zabójstwa poprzedniego prezydenta, Anwara Sadata. (…) Jedną z jego pierwszych decyzji było wprowadzenie stanu wojennego, który obowiązuje do dziś.
Ciekawe, prawda? Kto by pomyślał, że my, Polacy, którzy tak mocno jesteśmy przez historię „nauczeni” wrażliwości na totalitaryzmy, łamanie reguł demokracji itepe itede, z ochotą jeździmy wygrzewać się na plaży do kraju, w którym od 30 (!) lat panuje stan wojenny. Wiecie, to taki specjalny ustrój, w którym rządzi wojsko, pałują ludzi i tak dalej - u nas też to było, ale chyba jakoś szybciej się skończyło...
Ale skąd Polakom mają przychodzić do głowy takie refleksie, skoro polskie media i polscy politycy konsekwentnie wykazują niebywałą wręcz ignorancję wobec wszystkiego, co dzieje się w świecie poza-europejskim? Albo inaczej: w tych częściach świata, w których Polska nie ma tak zwanego „interesu narodowego” - no, może poza chwilami, w których jakiemuś Prezesowi przyjdzie do głowy, żeby nam obiecać egzotyczne wakacje? Żeby nie było, że czepiam się tylko jednej opcji, weźmy za przykład Gazetę Wyborczą - w świątecznym wydaniu z 29 stycznia Egipt wprawdzie znalazł się na „jedynce”, ale poważnej analizie sytuacji poświęcono tylko jedną stronę, i był to w dodatku głównie przegląd prasy zachodniej na ten temat. Wszystkim tym, którzy przypatrując się migawkom z telewizji chcieliby naprawdę zrozumieć sytuację, pozostaje lektura zagranicznych serwisów, np. portalu AlJazeery.
Ale mam dobrą wiadomość dla wszystkich tych, których – podobnie jak mnie - irytuje ignorancja, jaka panuje w polskiej sferze publicznej, gdy chodzi o sytuację ludzi choć trochę od nas odległych. Na naszym rynku właśnie ukazała się doskonała książka, dzięki której możemy lepiej zrozumieć sytuację nie tylko w Egipcie, ale także w innych krajach arabskich wychodzących właśnie z obrębu dawnego „trzeciego świata” - Rozregulowany Świat Amina Maaloufa. Maalouf to pisarz libański tworzący w języku francuskim – a sferą jego zainteresowań są relacje tak zwanej cywilizacji europejskiej ze światem arabskim. Ponieważ sam nosi w sobie pierwiastek i jednego, i drugiego z tych kręgów kulturowych, wiele spraw czuje doskonale, a pisze zwięźle, zrozumiale i przekonująco.
Rozregulowany Świat to przesiąknięty pesymizmem esej o współczesnym świecie, pogrążonym w kryzysie, który, zdaniem Maaloufa, wywołany jest jednoczesnym wyczerpaniem się potencjałów dwóch wielkich cywilizacji – europejskiej i arabskiej. Autor pokazuje, jak my, Europejczycy, schodzimy na manowce, zamykając się coraz bardziej w swojej fortecy, przekonani, że porządek, który ustanowiliśmy w XX wieku przy pomocy tworów takich jak Unia Europejska, jest czymś wiecznym (jak to kiedyś dowcipnie ujął felietonista Krytyki Politycznej Jaś Kapela - „Unia myśli, że zbawi świat, bo będzie miała faktury na wszystko”.) Maalouf nie tylko świetnie objaśnia mechanizmy, które rządzą współczesnym „rozregulowanym” światem, ale także bardzo skutecznie zaraża empatią i przekonuje, że warto poważnie interesować się tym, w którą stronę zmierza świat arabski. W końcu, jak pisze, sami Europejczycy są w dużej mierze temu winni – nie tylko przez kolonializm, ale także przez późniejszą politykę, niekonsekwentą, interesowną, rozdartą „pomiędzy pragnieniem cywilizowania świata i chęcią dominacji”.
A samemu Egiptowi i jego historii,zwłaszcza epizodzie panowania słynnego Nasera, Maalouf poświęca ładnych kilkanaście stron. Zatem, jeżeli przy okazji dramatycznych wydarzeń w Egipcie i Tunezji waszą największą obawą nie jest to, ilu rodaków będzie miało spieprzone wakacje i czy Oasis i inne biura oddadzą im kasę za wykupione wycieczki – zamiast czytać polskie media, poczytajcie Maaloufa.
Jan Mencwel
Amin Maalouf, Rozregulowany świat, Czytelnik, Warszawa 2011
6 komentarzy:
W Tunezji, Libii, Egipcie itp itd, rządzą dyktatury(w Tunezji rządziła) jak rządzą, ale zapewniają 1 ważną rzecz, zwłaszcza dla Europy i USA. Otóż nie pozwalają dojść do władzy partiom islamskim. Powoli możemy na Turcji zobaczyć co się dzieje jak partia świecka traci poparcie na rzecz islamskiej. Tam może być jeszcze gorzej. A należy pamiętać że Polska jest na wojnie z fundamentalistami islamskimi, którzy właśnie w takich słabych demokracją się rozwijają. Więc nie dziwie się że jest na rękę Polsce, Europie, całemu światu zachodniemu nie angażowanie się w to co tam się dzieje.
T.
ładne, ale akurat gazeta.pl ma najlepszy serwis dotyczący rozwoju sytuacji a wstępem ukradłeś mi anegdotkę na ten tydzień...
Ad. Anonimowy:
Oczywiście rozumiem, że o tym niskim poziomie zainteresowania decydują też względy polityczne.Ale taka polityka utrzymywania dyktatur za cenę względnego bezpieczeństwa w regionie jest moim zdaniem bardzo krótkowzroczna. Tak samo pisze o tym Amin Maalouf: Zachód,a szczególnie USA,traci w ten sposób swoją legitymizację jako obrońcy demokracji i wolności,która powoli,w sytuacji coraz mniejszej gospodarczej przewagi,staje się jedynym potencjalnym źródłem autorytetu Zachodu w oczach świata Arabskiego. Za to wspierając dyktatorów zapewniamy sobie może krótkotrwały spokój,ale na dłuższą metę - jak się okazuje na przykładzie Egiptu czy Tunezji - dążenia demokratyczne i tak zwyciężą.Zdaniem Maaaloufa (i ja się z nim zgadzam) w sytuacji gdyby Zachód konsekwentnie stał na straży demokracji i wspierał takie dążenia,miałby dużo łatwiejszą sytuację w momencie,gdy dochodzi do takiego przewrotu - stałby się naturalnym sojusznikiem jako kraj który pokazuje, czym jest wolność, demokracja etc. Jest to więc nie tylko polityka moralnie bardziej usprawiedliwiona,ale też na dłuższą mete mądrzjesza, skuteczniejsza i również dla nas bardziej opłacalna.
pozdrawiam
PS> jako rozwinięcie mojego wpisu polecam artykuł Michała Sutowskiego,który kolejny raz czyta w moich myślach:
http://www.krytykapolityczna.pl/MichalSutowski/Widmoszariatukrazypokurorcie/menuid-295.html
artykuł Michała tutaj
Prześlij komentarz