Byle z dala od wielkiej polityki. Siedzę przy bulgoczącej nargili, mocno zaparzonej herbacie i strasznie chce mi się śmiać. Właśnie dowiedziałem się, że Barack Obama skrytykował Hosni Mubaraka. Po rozmowie telefonicznej z egipskim prezydentem zasugerował mu jak najszybszą dymisję, a na późniejszej konferencji prasowej stwierdził, że „demokratyczna transformacja w Egipcie musi nastąpić niezwłocznie”. Natychmiast przypomniał mi się Nicolas Sarkozy, który kilkanaście dni temu dokładnie to samo mówił odnośnie prezydenta Tunezji Ben Aliego. Cały wschodni świat patrzy jak Zachód grozi arabskim dyktatorom palcem i następnie umywa ręce. Śmieją się z tego podobnie jak ja. Większość z nich wie, że ta krytyka warta jest tyle, co dym z mojej nargili.
***
Faktem natomiast jest, że bliskowschodnia ulica straciła cierpliwość. Niektórzy twierdzą wręcz, że to arabska Wiosna Ludów. Słusznie o swoje pozycje lękają się rządzący od Maroka po Syrię i robią co mogą, by przypodobać się swoim obywatelom. Choć często jest już za późno – ta bitwa wydaje się dla część z nich przegrana. Wskazuje na to chociażby sympatia wszystkich ważniejszych światowych mediów dla protestujących oraz lektura blokowanych przez tutejszą władzę mediów społecznościowych. A to one kształtują opinię publiczną. Nieodparcie mam jednak poczucie, że jest to również potężny kryzys zachodniej narracji i polityki zagranicznej w tym regionie. I to wyjątkowo obłudnej polityki. A o tym, niestety, już media wolnego i demokratycznego świata nie donoszą.
Dla zilustrowania zachodniego stylu uprawiania polityki cofnijmy się pamięcią o półtora roku. Nie bez powodu Barack Obama przemawiał wtedy do świata muzułmańskiego właśnie w Kairze. Przy tej okazji padło wiele ciepłych słów pod adresem Hosni Mubaraka. Dziś już nikt nie chce pamiętać, że przez dziesiątki lat był on jednym z ważniejszych amerykańskich i izraelskich partnerów w regionie. Na tyle istotnym, że Stany Zjednoczone subsydiowały egipski rząd kwotą dwóch miliardów dolarów rocznie. Amerykanie doskonale też wiedzieli, że Mubarak zgromadził kosztem swojego państwa majątek warty 40 miliardów dolarów. Zresztą kilka z tych miliardów zainwestował w nieruchomości w Los Angeles, Waszyngtonie i Nowym Jorku, w tym na przedmieściach Manhattanu, przy prestiżowej ulicy Rodeo Drive. Dziś ówczesny przyjaciel stał się kłopotliwy, skandalicznie niedemokratyczny i łamiący prawa człowieka. Musi odejść. Podobnie zastrzeżeń przeciwko egipskiej władzy nie miała Unia Europejska, która kilka lat temu podpisała z Mubarakiem umowę stowarzyszeniową. Musimy mieć świadomość, że obojętnie co obecnie mówią europejscy i amerykańscy politycy – Zachód nie tylko przyzwalał, ale i czynnie wspierał faraońską władzę Hosni Mubaraka.
Nie inaczej rzecz miała się z Tunezją. Dla przykładu: dwa lata temu Francja zaczęła budowę gigantycznej fabryki Airbusa w tym niewielkim kraju. Ma ona fundamentalne znaczenie dla tunezyjskiej gospodarki. Przy podejmowaniu decyzji o lokalizacji, nikomu nie przeszkadzała polityka prezydenta Ben Aliego. A tajemnicą poliszynela jest też, że sam prezydent nieźle na tym zarobił. Podobnie syryjski prezydent Baszar al-Assad, syn byłego prezydenta Hafiza al-Assad (dynastia al-Assadów rządzi w Damaszku niepodzielnie od 1971 roku) czynnie uczestniczy w wielkich zachodnich inwestycjach gospodarczych w Syrii. Od lat Zachód wspaniale legitymizuje tamtejsze władze. Dlatego też śmieszne są spóźnione połajanki zachodnich polityków pod adresem tracących grunt pod nogami arabskich dyktatorów. Demokracja nagle zyskała na wartości!
Dobrze jest co pewien czas sobie o tym przypomnieć. Dla Zachodu stabilny i ugodowy dyktator jest wygodny. Warto takiego wspierać przez lata, zarówno w Tunezji, jak i w Egipcie, Syrii czy Jemenie. Warto nawet jeżeli ta dyktatorska władza ma twarz króla, niczym w Jordanii i Arabii Saudyjskiej, czy generała, jak w Algierii. To się po prostu opłaca. I dobrze – część z nas powie – takie są prawa prawdziwej polityki. Może i tak, ale zapomnijmy przy tym o wartościach demokratycznych czy prawach człowieka. Przyznajmy, że one nie są żadnym fundamentem prawdziwej zachodniej polityki. Nie zasłaniajmy się nimi, kiedy jest nam wygodnie, gdy zagrożone są nasze inwestycje, sektory gospodarcze czy energetyczne. Bujać to my, panowie szlachta. I mam wielką satysfakcję, gdy obserwuję protestującą arabską ulicę. Bo obok przestraszonej lokalnej władzy, największym przegranym są właśnie zachodni politycy. Tym bardziej, że wcale nie jestem pewien, czy demokratyczna wola arabskich społeczeństw jest zgodna z interesem Świata Zachodniego.
Paweł Cywiński
1 komentarz:
Minął rok i okazało się, że Autor się mylił, gdyż tzw. Zachód jednak Arabską Wiosnę mocno wsparł...
Anioł
Prześlij komentarz