poniedziałek, 28 marca 2011

Polskie Imperium Kolonialne


Wydawany przez Ligę Morską i Kolonialną Miesięcznik Morze, numer 5 (127) 1935 str. 20

Niecałe pięć lat temu piłkarska drużyna Trynidadu i Tobago pierwszy (i jedyny) raz w historii zagrała na Mundialu. Poprowadził ich do tego, nie kto inny, tylko sam Leo Beenhakker. To po tym sukcesie, zaproponowano mu objęcie posady polskiego szkoleniowca. Występy egzotycznej drużyny, mimo że zupełnie nieudane, wywołały niemałą sensację. Rozmaite ciekawostki dotyczące piłkarzy z Karaibów można było przeczytać we wszystkich polskich gazetach. Można też było przeczytać, że Polskę z Trynidadem i Tobago łączy nie tylko Leo Beenhakker, ale i Jakub Kettler. Pozwólcie, że przypomnę.


Książę Jakub Kettler był ekscentrycznym władcą małego, północnego Księstwa Kurlandii i Semigalii. Był też lennikiem polskiego króla – Władysława IV Wazy. Książę Jakub miał swoją idée fixe – uzyskać własną kolonię zamorską. A że był to człowiek uparty – cel swój zrealizował. Kurlandia wywalczyła własne kolonie w afrykańskiej Gambii i na karaibskiej wyspie Tobago. Ta ostatnia zyskała dumną nazwę – Nowa Kurlandia i automatycznie, wraz z Gambią, stały się lennem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Zresztą były nimi przez ponad pół wieku. To dzięki Kettlerowi Polacy rozpoczęli swoją kolonialną odyseję. I to na dwóch kontynentach jednocześnie. A nie jest to koniec polskich perypetii kolonizatorskich.

Nie minęło trzysta lat, gdy w 1930 roku powstała instytucja o iście imperialnej nazwie – Liga Morska i Kolonialna. Posiadając w swoich władzach wiele znamienitych i wpływowych nazwisk, miała na celu popularyzowanie idei „rozwoju dróg wodnych, portów i polskiej żeglugi„. Wszak jak przystało na każde imperium, Polska powinna być wodną potęgą. Liga propagandową sztukę opanowała perfekcyjnie – po niecałych dziesięciu latach liczyła już prawie milion członków. A każdy z nich sumiennie płacił składkę. Pieniądze te lokowano w nieruchomościach na całym świecie...

Z czasem Liga stała się bardziej Kolonialna, niż Morska, a wśród władz tej instytucji zrodziły się plany nader wielkie. Postanowiono, za wszelką cenę uzyskać dla Polski skrawek ziemi za oceanem. Jednakże pechowo na świecie w tym czasie panował deficyt wolnych skrawków. I mimo że na warszawskich salonach plany te wywoływały ogólne rozbawienie, to ubrani w kolonialne mundury członkowie LMiK różnymi sposobami próbowali osiągnąć zamierzony cel. Nie należy się śmiać – gdyby wszystkie ich projekty odniosły sukces – polska bandera powiewałaby w Angoli, Mozambiku, Gwinei, Kamerunie, Francuskiej Afryce Równikowej, Liberii i na Madagaskarze. A i Ameryka Południowa była w planach polskich zasiedleń.

Zatem warto się zastanowić, co się stało, że te ambitne plany się nie powiodły, a dźwięki Mazurka Dąbrowskiego mogliśmy usłyszeć jedynie w Jugosławii. A i to polską zasługą nie było.

Plan Madagaskar

Francuski minister Marius Moutet. To jemu zawdzięczamy pomysł skolonizowania przez II Rzeczpospolitą czwartej pod względem wielkości wyspy świata. Wystąpił on z pomysłem odstąpienia Polakom Madagaskaru przez Francję. A propozycję potraktowano poważnie. W 1937 roku na Madagaskar udała się specjalna polska komisja rządowa, pod przewodnictwem majora Mieczysława Lepeckiego. Ten były współpracownik marszałka Piłsudskiego miał ocenić możliwość realizacji kolonialnego zamysłu. Poza Ligą Morską i Kolonialną poparły go w tym polskie środowiska syjonistyczne – żywo zainteresowane pomysłem stworzenia na Madagaskarze Żydowskiej Kolonii. Wynikało to z utrudnień wyjazdu do Palestyny.

Pomysł ten wyjątkowo spodobał się też Endecji, która, co prawda z innych powodów, gorąco popierała plan: "Żydzi na Madagaskar". Jednakże, nie wiedzieć czemu, komisja Mieczysława Lepeckiego uznała, że wyspa ta nie nadaje się do masowego zasiedlania. W tym samym czasie francuska opinia publiczna zaczęła żywiołowo protestować przeciwko polskim żydom na Madagaskarze. A jak wiadomo demokracja zawsze ma rację i Francja po cichu z planu się wycofała. Po kilku latach do polsko-madagarskiego pomysłu powrócił Adolf Hitler, choć i on ostatecznie zrezygnował z tego planu...

Plan Liberia

Sztandarowy plan Ligi Morskiej i Kolonialnej. W 1933 roku Liberia – jedyny suwerenny kraj w Afryce – zaproponowała polskiemu rządowi i LMiK ścisłą współpracę gospodarczą. Sama z siebie. Prawdopodobnie dlatego, że Polska w tym czasie była sprawozdawcą sprawy liberyjskiej na łonie Ligi Narodów, a w Monrowii bano się ustanowienia protektoratu nad Liberią. LMiK natychmiast podchwyciła pomysł. Podpisano wspaniałą umowę na utworzenie konsulatów, dzierżawę ziemi dla pięćdziesięciu polskich plantatorów i uprzywilejowane warunki administracyjne oraz handlowe. Roztaczano złote wizje. Liga natychmiast wysłała statek z kilkoma przyszłymi plantatorami oraz pełną ładownią polskich towarów. Cieszono się, że Polska wreszcie uzyskała zagraniczny rynek zbytu. Niestety, rychło okazało się, że w Liberii nie ma portu. A gdy łódkami rozładowano statek, okazało się, że Murzyni wzgardzili polskimi towarami (a było tam na przykład kilkaset nocników). Polscy plantatorzy, z kolei, okazali się nieprzygotowani do walki z afrykańską naturą, ale i amerykańskim kapitałem. Ten ostatni posiadał w Liberii gigantyczne inwestycje. Nie minął rok i rozpętała się wielka medialna nagonka na „imperialnie żarłocznych Polaków”. Nagonka ta w połączeniu z nieumiejętnością poradzenia sobie w tropikalnych warunkach, oraz plagami szarańczy, pokonała naszych krajanów. Po czterech latach powrócili oni do Ojczyzny, a Liberia, tak jak była, tak i pozostała niepodległa.

Plan Brazylia

Polacy masowo emigrowali do Ameryki Południowej już w XIX wieku. W samej Brazylii żyło ich ponad dwieście tysięcy – głównie w trzech stanach: Rio Grande do Sul , Santa Catharina i Paran. A w tym ostatnim stanowili dwadzieścia procent. Nic dziwnego, że rozbudziło to płomienne nadzieje członków LMiK. Powstał plan zasiedlenia polskiego skrawka Brazylii jak największą liczbą Polaków. Z czasem ziemie te stałyby się polskie i kto wie – może uzyskałyby suwerenność. Natomiast nazwę już uzyskały – Morska Wola. Zatem rozpoczęto inwestycję w Morską Wolę. W 1933 roku LMiK zakupiła w tym celu około 30 tys. hektarów. A następnie Polacy wykupili jeszcze 220 tysięcy hektarów. Brazylijczycy, słusznie, zaczęli się tym niepokoić. W odwecie zaczęto utrudniać emigrantom życie i przeróżnie ich dyskryminować. Brazylia cel osiągnęła - skutecznie zniechęciło to Polaków do zamieszkania w Paranie i innych stanach. A z braku chętnych plan prysł. Podobnie nie udało się zasiedlanie Polakami Peru. Mimo, że Polska uzyskała od peruwiańskich władz obietnice przekazania półtora miliona hektarów pod polskie plantacje...

***

Trzy przykłady starczą! I niech będą one dowodem i nauczką, że Polskie Imperium Kolonialne istniało. Przynajmniej w planach. Nie jesteśmy gorsi, ani lepsi (co kto woli) od innych państw zawładniętych bakcylem imperialno-kolonialnym. Wszak to rzecz pospolita.

Paweł Cywiński

2 komentarze:

Paweł Cywiński pisze...

Tym, których zainteresowały kolonialne perypetie polecam również obejrzenie filmu dokumentalnego dotyczącego Planu Liberia!

http://www.youtube.com/watch?v=zS6hQ5e2iAA

Wszystkie 5 części jest dostępnych na YouTubie.

Paweł Cywiński pisze...

W ramach drobnego rozszerzenia niniejszej satyry i sprostowania niejasności pragnę zamieścić jeszcze takie uszczególnienie: "Decyzje o nowej polityce wobec polskich imigrantów nie były konsekwencją wykupywania przez Polaków ziemi w południowych stanach kraju i obaw władz przed wzrostem ich siły w Brazylii. Wynikały raczej z objęcia prezydentury przez populistycznego polityka Getulio Vargasa, który wprowadzając kult państwa narodowego, ograniczał prawa wszystkich mniejszości narodowych w Brazylii (m.in. Włochów, Niemców, Ukraińców i Japończyków). Polityka Vargasa nie wynikała z obaw przed wzrostem siły imigrantów. Była raczej konsekwencją realizacji planu wzmacniania władzy wokół idei "brazylijskości". "

Serdeczne dzięki za zwrócenie uwagi S.B.