poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Tęsknota za absolutem

W czwartkowym „Dużym Formacie” zjawisko niespotykane: rozmowa – bo raczej rozmowa to niż wywiad – Grzegorza Sroczyńskiego („Gazeta Wyborcza”) z Tomaszem Terlikowskim („Fronda”). Pisany dowód na to, że przedstawiciele obydwu środowisk są jeszcze w stanie prowadzić ze sobą niepozbawiony autoironii dialog na tematy najbardziej ich różniące. Że jest w nich wręcz tęsknota za czymś więcej.

Tęsknię czasem za doświadczeniem podstawowej wspólnoty, która niewątpliwie między nami wszystkimi jest – wyznaje publicysta „Frondy”. Natychmiast rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości: Ale jak trwa walka, to nie dyskutuje się o tym, co łączy, tylko wali się w bęben. Walka, o której wspomina Terlikowski, toczy się pomiędzy „cywilizacją życia”, którą reprezentuje on sam, oraz „cywilizacją śmierci” – światowym „przemysłem aborcyjnym” i jego pochodnymi. Pomiędzy tymi dwiema siłami nie ma kompromisu. Jedna z nich musi prawnie narzucić swoją wolę drugiej, czeka nas ostateczne zwycięstwo albo ostateczna klęska.

Nie tak dawno jeden z komentatorów naszego bloga pisał: Chateaubriand nazwał hipokryzję hołdem składanym cnocie przez występek. Hipokryzja – czynienie dobra bez przekonania, że tak właśnie należy postępować, jest lepsza, niż czynienie zła. Tyle, że w świecie, w którym narzucimy nasze standardy moralne wszystkim ludziom, w zasadzie odbierzemy im możliwość czynienia dobra. Czynienie dobra bez przekonania, że tak właśnie należy postępować, lecz ze względu na prawne konsekwencje, nie jest już czynieniem dobra, lecz zwykłym legalizmem. Kultem prawa, pod którym do woli plenić się może moralne zło, czekając tylko na sprzyjający moment, by wypełznąć na powierzchnię. Pomijając już fakt, że postawa ta  zwracająca uwagę na same tylko czyny, a lekceważąca stojące za nimi intencje pokłada niewczesne i zbyt duże nadzieje w wychowawczym potencjale prawa, wydaje mi się też, że ma ona więcej wspólnego z postawą faryzeuszy niż z postawą Chrystusa.

Tomasz Terlikowski argumentuje jednak inaczej: Lekarstwem na nihilizm, brak wartości jest to, żeby politycy – wierzący i niewierzący – zaczęli działać tak, jakby Bóg istniał. Jakby prawo i moralność nie były zależne wyłącznie od konsensusu między ludźmi. Musimy mieć fundamentalne wartości, które nie podlegają głosowaniu. […] Świat bez wartości, dla których ludzie są gotowi umrzeć, jest jednocześnie światem bez wartości, dla których warto żyć.

Bez cienia ironii przyznam, że żywiona przez publicystę „Frondy”, niezwykle autentyczna i wypowiedziana w prostych słowach tęsknota za absolutem, jest czymś wzruszającym. To tęsknota za światem czarno-białym, w którym – przynajmniej z moralnego punktu widzenia – łatwiej jest dokonywać wyborów i łatwiej przy raz dokonanych wyborach trwać, nawet przeciwko całemu światu. Jednocześnie jest to jednak wyraz braku zaufania do człowieka i przekonania, że jeśli nie będzie miał on nad sobą sędziego, a przed sobą   wyobrażenia o nagrodzie lub karze, to nie będzie postępował w sposób moralny. Przekonaniu temu chciałbym przeciwstawić inne że świat pozbawiony uniwersalnych wartości niekoniecznie jest światem pozbawionym wartości, za które ludzie gotowi są umierać. Jak pisze Joseph Schumpeter, „uświadomienie sobie względności swoich przekonań, a mimo to niezachwiane przy nich trwanie, oto, co odróżnia człowieka cywilizowanego od barbarzyńcy”.

Pomiędzy naiwnym antropologicznym optymizmem a pesymizmem Tomasza Terlikowskiego, według którego moralność potrzebuje wystrzelonej w absolut sankcji, jest przynajmniej jeszcze jedna możliwość: pogodny pesymizm chrześcijanina, który nie spodziewa się po świecie i żyjących w nim ludziach zbyt wiele, a mimo to co dzień ponawia akt zaufania im, ponieważ widzi w tym akcie wypełnienie Ewangelii. Jeżeli bowiem cokolwiek jest w stanie dopełnić wolność miłością, to tylko zaufanie.

Misza Tomaszewski

Brak komentarzy: