poniedziałek, 30 maja 2011

Mit Annapurna Sanctuary - Europejczyka droga na szczyt

Dla przeciętnego Europejczyka Nepal to góry. Reszta go nie interesuje, reszty nie rozumie, reszta jest tylko akompaniamentem. On tam jedzie się wspinać, osiągać szczyty, okiełznać Himalaje. Im dotrze wyżej, dalej, niebezpieczniej, tym bardziej jest z siebie zadowolony. Staje się kimś wyjątkowym. Wszak nie każdy widział Mount Everest czy wszedł na Annapurna Sanctuary – wysoko leżący płaskowyż otoczony ze wszystkich stron przez szczyty, w tym te należące do masywu Annapurny. Jemu to się udało. Stał się zdobywcą, stając się tym samym częścią mitu. Będąc u celu odprawił rytuał - obejrzał panoramę o wschodzie słońca. Zadumał się. Na koniec zapozował do autoportretu z Annapurną w tle. Wszak jej miejscem w tej bajce jest wyłącznie tło. Po śniadaniu, szczęśliwy i spełniony rozpoczął mozolny powrót, by w pierwszej napotkanej kawiarence internetowej udostępnić zdjęcie na Facebooku. Kilka osób je polubi, kilku znajomych pogratuluje, ktoś niedowierzy, wszyscy się dowiedzą. Próg domu przekroczy w w nimbie zdobywcy, a nazajutrz zacznie snuć opowieść o swoim wyjątkowym wyczynie i o wielkim trudzie któremu podołał. Mit musi trwać.

Nie jest łatwo wpasować się w wizerunek himalaisty. Choć są sprawdzone metody. Najłatwiej dokonać tego kupując niezwykle drogi sprzęt wysokogórski. W końcu podejście na Base Camp dziesiątego szczytu świata ma wzbudzać szacunek - to jest wyprawa, a nie wycieczka. Wymaga ona dobrego wyposażenia, a im ekwipunek jest lepszy, droższy, nowszy, tym himalaista jest poważniejszy. Poczucie wyjątkowości wyczynu utrwala się w Europejczyku wraz z każdym wydanym dolarem. Utrwala się też w tych, którym pokaże później swoje zdjęcia. Himalaistyczny sprzęt pozwoli przekształcić mu się w rasowego zdobywcę. Staje się himalaistą.

Sztuczka zazwyczaj się udaje. Opowieści o zdobyciu Annapurna Sanctuary zachwycają. Opisy dziewiczych gór, przejść przez wieczny lodowiec, przeraźliwie zimnych nocy czy powierzchowne charakterystyki zacofanych wiosek, które się mijała po drodze potrafią wzbudzić zazdrość i ciekawość. Wyobraźnię rozbudza w słuchaczach też rozmach opisywanej podróży. Swoje miejsce mają tam kierowcy wynajętych jeepów, profesjonalni przewodnicy, grupa tragarzy. Czasem dołączają również kucharze, lekarze. Robi się tłoczno. Słusznie kojarzy się to z dziennikami dziewiętnastowiecznych kolonialnych podróżników. Oni nadal są romantycznym ideałem dla Europejczyka. To musi robić wrażenie.

O wiele rzadziej można usłyszeć inną opowieść. Ona jest niebezpieczna – zagraża mitowi himalajskiego zdobywcy. Bo czy napawa dumą siedem dni chodzenia po równych chodnikach i schodkach, ba setkach tysięcy schodków? Nie. Również nie napawa dumą świetnie, komercyjnie zorganizowany system szlaków. Nie da się z nich zejść, a chodząc po nich nie da się zgubić. Czyżby wynajęty przewodnik stracił sens? Na milczenie skazane są też opisy bazy noclegowo-restauracyjnej. Wszak niepoważnie brzmi, że od pierwszego kilometra co godzinę mija się hotele i restauracje. Można w nich  delektować się omletem, pizzą lub wypić lampkę czteroletniego Chardonnay. Od początku drogi, aż po sam szczyt. O tym nie mówimy - podróżnicza autocenzura działa wyśmienicie. Nikt nie chce się przyznać, że zamiast dziewiczego zdobywania himalajskich szczytów wpadł w komercyjną pułapkę. Więc nie przeczyta się w internetowych pamiętnikach o drodze łatwiejszej niż tatrzańskie szlaki i hotelach z prysznicem. To mogłoby podważyć wyjątkowość zdobywców. Zagroziłoby to ich samouwielbieniu. Bezpieczniej dla dzielnego wizerunku himalaisty jest więc wspierać mit.

Nie usłyszymy też nic o wyzysku. Europejczyk często nie zwraca na to uwagi, a jak coś zaczyna podejrzewać, to mimo wszystko woli milczeć. Cisza jest wygodna, zastany system się sprawdza, mało kto narzeka, to po co robić rewolucję? Chodzi o wyzysk tragarzy. I to w okropnym kolonialnym stylu. Są to ludzie niewykształceni, prości, zniszczeni ciężką pracą, pochodzący z najniższych kast i warstw społecznych. Oni nie potrafią sami upomnieć się o swoje prawa. Często ich nie znają, jeszcze częściej ich nie mają. W obawie przed stratą możliwości zarobku również wybierają ciszę - z uśmiechniętymi minami robią swoje. Jednakże oni nie są ślepi. Dokładnie widzą przepaść pomiędzy sobą, a Europejczykiem. A patrzą z tej najniższej perspektywy. Widzą, że pochodzą z gorszego świata, czują się innym gatunkiem. Kolonializm świadomości trwa tu nadal.

Najlepszy tragarz jest niczym cień. Podczas gdy wypasiony Europejczyk zziajany podchodzi po schodkach do Annapurna Base Camp, jego bagaże powinny już tam na niego czekać. To objuczony tragarz - ubrany w łachmany, niewielki Nepalczyk w klapkach – wszedł na szczyt przed nim. Przeciętnie wnosi on ponad czterdzieści kilogramów, samemu nie ważąc nawet sześćdziesięciu. Z czasem dojdzie i zmęczony Europejczyk. Poza aparatem, kurtką przeciwdeszczową i wodą nie dźwiga on nic. A za równowartość dniówki tragarza kupi sobie piwo. Może nawet kilka. Wcześniej wnieśli je inni tragarze. Bogaty, błyszczący nowoczesną cywilizacją, potomek kolonizatorów stracił odporność na niewygody i ciosy.

Tragarz nie jest członkiem wyprawy. Nie posiada profesjonalnego sprzętu, zdarza się, że nie posiada nawet butów. Gdy pada deszcz lub śnieg to skrywa się pod plastikową płachtą, gdy spożywa swój jedyny posiłek tego dnia, to robi to dziesięć metrów za Europejczykiem i przewodnikami, gdy jest zimno, to po prostu marznie. Bliżej mu do osła. Europejczyk zazwyczaj z nim nie zamienia ani słowa. I to nie tylko dlatego, że nie mają wspólnego języka. Tragarz jest zwykłym służącym, przydatnym narzędziem. To Europejczyk jest zdobywcą, jest kimś wyjątkowym. Wyjątkowość często przeradza się w arogancję. Dla Europejczyka godnym dopuszczenia do swojego towarzystwa bywa przewodnik. Choć i to nie zawsze. Prawdziwy Europejczyk najchętniej w kulturalny sposób, udawałby, że nie widzi wynajętej przez siebie nepalskiej służby. On tu przyjechał oglądać góry. A zapytany o miejsce i los tragarzy w jego wyprawie, bez problemu potrafi je wytłumaczyć. Argumentuje tym, że oni są inni, tutejsi, dla nich to jest naturalne, że nie należy ich porównywać z Europejczykami. Wywód kończy się na tym, że bez Europejczyka byłoby im gorzej - on im po prostu daje zarobić. Fakt - tragarze dostają za to pieniądze. Dziesięć dolarów dziennie. Choć Europejczyk zazwyczaj nie wie, że osiem pobierają różni pośrednicy. Czy musi wiedzieć? Ważne, że zapłacił i że wszystko gra.

Po schodach, bez bagażu, od hotelu do hotelu, wspina się za swoim aniołem stróżem dzielny Zdobywca. Wyprawa potrwa tydzień. To są jego wakacje życia. Takim Europejczykiem może być i Japończyk, i Amerykanin, każdy niewrażliwy człowiek, nieświadomy wyzyskiwacz, arogancki zdobywca. Często za głupi, by wszystko zrozumieć, zbyt wpatrzony w siebie, by dostrzec coś poza sobą. Twórca mitu. I mimo że nie wie, mimo że nie widzi, to ponosi za to odpowiedzialność. Utrwalając mit zdobywcy utrwala patologiczny schemat. Znamienne jest, że chodząc po francuskich Alpach, o tragarzach Europejczyk nawet by nie pomyślał. Lecz poza Europą takie myśli przychodzą mu zadziwiająco łatwo. Wejście na Annapurna Base Camp dla Europejczyka nie jest wielkim kosztem, tak samo jak wynajęcie tragarza. Finansowo stało się to dostępne dla przeciętnej klasy średniej. Za zaprzeczanie prawom człowieka płaci ona kartą kredytową i o nic nie pyta, poza drogą na szczyt. Tonie w zdobywczym micie. Tam na szczytach kolonializm żyje – tylko inne ma szaty. A objuczeni tragarze stanowią tło wypraw od Nepalu, przez Tanzanię, Peru, Etiopię i inne miejsca wakacyjnych wyczynów Europejczyków. Bez tragarzy Europejczycy nie daliby rady.

***

2011 rok jest w Nepalu rokiem turystyki. Kampania przebiega pod hasłem: „razem dla turystyki - turystyka dla dobrobytu - dobrobyt dla stabilizacji”.

Paweł Cywiński

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Wydaje mi się, ze nieco upraszczasz. W pewnym sensie mógłbym być tym opisywanym przez Ciebie "Zdobywcą", który przy pomocy kiepsko opłacanych miejscowych "górali" pokonuje himalajskie szczyty. Byłem w Himalajach juz kilka razy, jako uczestnik tzw. wypraw komercyjnych, udało mi się "wdrapać" na kilka sześciotysięczników (Ama Dablam, Island Peak, Aconcagua w Andach), choć nie uważam się nie tylko za himalaistę czy andynistę, ale nawet za alpinistę czy taternika - przynajmniej w tym sensie, jaki jest tym określeniom powszechnie nadawany. W latach 80-tych, kiedy wspinałem się po Tatrach, wyprawa w Himalaje mogła być co najwyżej nieziszczalnym marzeniem. Teraz za stosunkowo nie tak wielkie pieniądze może tam pojechać każdy i zobaczyć na własne oczy, jak z bliska wygląda Mount Everest czy Annapurna. Co w tym złego albo nagannego? To wspaniała przygoda, która na długo zostaje w pamięci. Nie tylko góry, ale również kultura Nepalu, jego mieszkańcy, to coś, co nas odmienia i każe zobaczyć naszą codzienność w bardziej właściwym wymiarze. Nie lekceważ wysiłku ludzi, najczęściej zwykłych turystów, którzy podejmują się tych naprawdę wyczerpujących trekkingów. Trasa z Lukli do Everest Base Camp zabiera około 10 dni i nie jest łatwa - kiedy dopadną Cię objawy choroby wysokogórskiej - a dopadają każdego - nie raz zadasz sobie pytanie, po co tu w ogóle przyjechałem i za jakie grzechy się tak męczę? Oczywiście, czasami jest to groteskowe - na "szczycie" Kala Pattar widziałem grupę amerykańskich turystów fotografujących sie na tle narodowej flagi, zupełnie, jakby dopiero co zdobyli jakiś ośmiotysięcznik. Ale - z drugiej strony - Kala Pattar to wzniesienie o wysokości 5600 mnpm, tyle co Elbrus i znacznie więcej niż Mont Blanc. I naprawdę czuje się tam już tę wysokość. Więc może te dziesiątki, a może i setki gramolących się tam ludzi, chcących zobaczyć z bliska jeden z najwspanialszych widoków na Mount Everest, nie zasługują na te lekceważące słowa, którymi ich obdarzasz? Może też chcą przeżyć przygodę swego życia? Przecież nikt z nich nie udaje ani przed sobą ani przed innymi, że jest Simonem Moro czy Denisem Urubko.
Trochę przesadziłeś też z tym "pięciogwiadkowym" standardem obsługi turystycznej (hotele, restauracje i Bóg wie, co jeszcze). Nie, nie ma jeszcze tak dobrze (na szczęście). Jest oczywiście infrastruktura turystyczna, której nie było jeszcze 10 lat temu, ale - im wyżej - tym (i bardzo dobrze) coraz bardziej uboga i ograniczona do najprostszych "wygód" (naprawdę nie wiem, gdzie piłeś to 4-letnie, wytrawne wino, ja nigdy nie spotkałem takich luksusów na "swoich" szlakach). Największy jednak problem tego tekstu jest taki, ze budujesz całkowicie fałszywą sprzeczność - "zły" europejczyk, eksploatujący ludzi i egzotyczne miejsca i myślący tylko o własnym, wybujałym "ego" Zdobywcy Himalajów versus "dobry", miejscowy Szerpa, zmuszony warunkami ekonomicznymi do wysługiwania sie jako tragarz albo (w najlepszym przypadku) przewodnik. To nieprawda - poznałem w Himalajach wielu wspaniałych "górali" i nigdy nie miałem odczucia, że traktują mnie jak "najeźdźcę". Przecież trudno nie zauważyć, ze właśnie dzięki temu boomowi turystycznemu i swoistej modzie na Himalaje, która zaczęła się gdzieś w połowie lat 90 - Nepal, a zwłaszcza jego górskie rejony, zamieszkałe przez Szerpów, zaczęły poprawiać swoje warunki ekonomiczne, a ludzie zaczęli żyć bardziej przyzwoicie. Jednak ktoś, kto odwiedziłby dziś Namche Bazar, byłby bardzo zdziwiony, jak bardzo zmieniło sie to miejsce w ciągu ostatnich 10-15 lat. To wszystko nie stało się i nie sfinansowało samo - czy źródłem tych przemian nie były przypadkiem setki tysięcy dolarów, zostawiane tam każdego roku przez tych "wyzyskiwaczy" z Europy, Japonii i USA, angażujących przewodników i tragarzy oraz korzystających z noclegów i posiłków w miejscowych hotelikach (loggiach)?
Z himalajskim pozdrowieniem
Marcin Oblicki

Paweł Cywiński - odpowiedź cz.I pisze...

Panie Marcinie,

dziękuję za komentarz – postaram się pokrótce odnieść do niektórych kwestii poruszonych przez Pana. Poruszył Pan bardzo wiele zagadnień i moja odpowiedź (niestety dość obszerna) zajmuje cztery następne posty. Ale aby dobrze wytłumaczyć mój punkt widzenia, musiałem skupić się na wielowymiarowości tematu.

1. Nie byłem na treku przy Mount Evereście, a mój tekst jest poświęcony trekowi wokół Annapurny. Wiem również co nieco o etiopskich górach Simen, peruwiańskim Machu Pichcu, oraz Kilimandżaro. Rozmawiałem również z różnymi ludźmi, którzy chodzili wokół Mount Everestu (bardziej chwalili sobie trasę do Lukli piechotą – podobno jest o wiele ciekawsza i mniej uczęszczana, od kiedy w Lukli otworzono lotnisko). W związku z tym pozostanę przy micie Annapurny.

2. Kim jest mój bohater zbiorowy ukrywający się pseudonimem Europejczyk? Poniekąd jego główne cechy opisałem już w tekście. Chciałbym tutaj podkreślić jednak, że nie chodziło mi o profesjonalnych himalaistów, czy amatorów i miłośników gór. Europejczyk jest kolekcjonerem atrakcji - nieautentycznych doświadczeń, a zarazem wiecznym poszukiwaczem autentycznych doznań. A przy tym wszystkim cechuje go mocno rozwinięty europocentryzm i brak wrażliwości na drugą osobę. Nie każdy turysta jest Europejczykiem. Ale „Europejczyków” na szlakach Annapurny spotykałem bardzo wielu.

3. Pisze Pan: „To wspaniała przygoda, która na długo zostaje w pamięci. Nie tylko góry, ale również kultura Nepalu, jego mieszkańcy (...)”. Otóż przeciętny Europejczyk przyjechał do Nepalu wyłącznie po ten widok Annapurny. Tak jak napisałem: „Reszta go nie interesuje, reszty nie rozumie, reszta jest tylko akompaniamentem”. On nie poznaje kultury Nepalu, czy jego mieszkańców. W Katmandu żyje na pozbawionym do cna autentyczności Thamelu (jedna z największych turystycznych dzielnic świata), w Pokharze żyje w analogicznym miejscu – Lake Side. On tam nie doświadcza nic poza konsumpcjonizmem wytwarzanym przez sektor turystyczny. Jest zamknięty w komercyjnym samowystarczalnym więzieniu. I to go całkowicie zadawała. Ale tego nie można nazwać Nepalem. Nasz Europejczyk nie umie rozróżnić świątyni buddyjskiej od hinduskiej, wisznuickiej od siwaistycznej. On nawet nie ma takich ambicji. Samo obejrzenie architektury, bez jej zrozumienia nie jest obcowaniem z kulturą, czy rzeczywistością nepalską. Podobnie jest z mieszkańcami i ich kastowymi podziałami. Czymś innym jest kurtuazyjna pół godzinna rozmowa, a czym innym próba zrozumienia rzeczywistości społecznej konkretnego regionu czy społeczności. „Europejczyk” ma Lonely Planet z którego nic nie wynika i więcej nie potrzebuje. Jest ignorantem. Choć po powrocie potrafi stawiać stanowcze sądy na temat tego co widział. Liczą się tylko góry.

4. Pisze Pan: „zobaczyć na własne oczy, jak z bliska wygląda Mount Everest czy Annapurna. Co w tym złego albo nagannego”. Jestem jak najdalszy od krytykowania takich marzeń. Zupełnie nie o to mi chodziło. Ja się skupiam na wytwarzanym przy okazji micie. Proszę przeanalizować internetowe pamiętniki ludzi, którzy tam byli - w znakomitej większość jest to upiększony obraz „zdobyczy”. Obraz nieprawdziwy. To jest tak zwany proces sakralizacji obrazów bądź przeżyć. Choć oczywiście takie obrzędowe zachowanie turystów dotyczy nie tylko Annapurny. Z grubsza poszukiwanie autentyczności doznań cechuje naszego Europejczyka i jest to normalne w dzisiejszym świecie (np. zwróćmy uwagę na polepszacze smaków w szynce). Natomiast przybiera to wyraz mitu. Aby lepiej zrozumieć taki proces polecam pracę Deana Maccannella – „Turysta”. To jest niezwykle ciekawa analiza tego zjawiska. Choć niepełna.

Paweł Cywiński - odpowiedź cz.II pisze...

5. Nie pisałem nic o pięciogwiazdkowych hotelach – zwróciłem uwagę tylko, że nasz Europejczyk co chwilę (godzinę, dwie marszu) mija „wioski”złożone z kilku hotelików (pokoiki dwuosobowe, zazwyczaj wspólny prysznic, bieżąca woda, prąd, ogólnie skromnie) i restauracje gdzie ma obszerne menu (wino Charodney, ale również czerowne), piwo (np.: carlsberg) spotykałem niemal wszędzie, np. na Annapurna Base Camp). Przy takiej infrastrukturze nie ma potrzeby noszenia palników, pożywienia, wody, namiotów, karimat, saperek. Zresztą nawet gdyby było, to i tak nasz Europejczyk by tego nie nosił – od tego jest tragarz. Chodzenie w takich warunkach (po chodnikach i schodkach) jest przedstawiane jako wielki wyczyn – podczas gdy nie jest tym wyczynem. Rodzi się mit. Te szlaki bez problemu pokonują starsi ludzi czy dzieci. Byle bukowina rumuńska jest dziksza i bywa trudniejsza – bo szlaków brak. Ale Himalaje fantastycznie brzmią. Annapurna to w końcu dziesiąta góra świata. Aby było jasne – szanuje chodzących starszych ludzi (są aktywni i to trzeba w nich wspierać), szanuje pot i zmęczenie podchodzenia (sam tego doświadczałem). Nie krytykuje samego chodzenia po górach – krytykuje niektóre tego efekty, które w szerszym rozliczeniu problemu są szkodliwe.

6. Niestety nie jest prawdą poprawa warunków ekonomicznych mieszkańców górskich regionów wynikająca z majątku, który turyści wydają w górach, tak jak Pan to przedstawia. Te hotele i restauracje nie są prywatnym biznesem. Na przykład w Annapurna Circuit to wszystko należy do jednej spółki, której właścicielem jest stowarzyszenie kasty Gurung. Bardzo wpływowej i zamożnej regionalnej kasty – rządzi ona Pokharą. Turystyczne pieniądze ostają się w sektorze turystycznym; część pozostaje w rekach pośredników, lub w dzielnicach turystycznych; znakomita część pozwala wygrywać wybory lokalne niezwykle bogatej kaście Gurung. Zatem te setki tysięcy dolarów (wg moich obliczeń sama Annapurna to ok 10 mln euro rocznie) inwestowane jest w infrastrukturę turystyczna, czyli pośrednio wraca do turystów. Ten rozwój o którym Pan mówi – jest dla Pana. Nie dla nich. To jest inwestycja. Rozmawiałem z przewodnikiem, który wyraźnie mówił, że gdzie indziej nawet nie ma wody bieżącej, nie mówiąc już nic o elektrowniach słonecznych, czy szkołach. Poza szlakiem nie mogą liczyć rząd – muszą na siebie. A tam nie ma turystów. Te pieniądze nie wpływają na życie mieszkańców żyjących 2 km od szlaku. A teraz trochę o tragarzu.

7. Praca tragarza jest jedną z najgorszych prac jakie spotkałem w życiu. Ten mały, wątły człowiek nosi po górach czterdzieści kilogramów, co już po jednym sezonie odbija się na jego zdrowiu – np.: poprzez zwyrodnienie kości i skrzywienie kręgosłupa. Rzeczą wspaniałą jest spełniać marzenia poprzez chodzenie po górach. Tylko nazywajmy sprawy po imieniu i nie wyzyskujmy, a szanujmy tragarzy i służących gdy już podejmiemy decyzję o ich wynajęciu. Tragarz jest takim samym człowiekiem jak Europejczyk. A osobiście dziwie się 25 – letnim zdrowym facetom, którzy wchodzą na gorę bez plecaków. Jeżeli tak chcą – proszę bardzo. Ale taki sposób „zdobycia” szczytu jest trochę komiczny. Owiedzmy prawdę w oczy: tego rodzaju „słuzba” (przewodnik, tragarz) dla przeciętnego, zdrowego człowieka jest zupełnie nie potrzebna. Niestety wielu ludzi daje się nabrać na nią w biurze podroży - są przekonani o jej potrzebie. Dowodzi to tylko istnieniu mitu, fałszywych wyobrażeń, które żyją w Europejczykach. I to zarówno dzięki turystom i ich opisom, jak przedstawicielom sektora turystycznego. A teraz jeszcze więcej o tragarzu.

Paweł Cywiński - odpowiedź cz.III pisze...

8. Przeciętna wyprawa dzieli się na grupy. Często formalnie, choć zazwyczaj nieformalnie uhierarchizowane. Mamy do czynienia z turystami, przewodnikami i tragarzami. Nepalskie społeczeństwo jest społeczeństwem kastowym, a jak wiadomo podział kastowy wynika z podziału typów pracy, będąc przy okazji podziałem wynikającym z sacrum. Przewodnicy to zupełnie inna kasty, niż tragarze. Ci ostatni stanowią najniższą warstwę społeczną, najgorzej opłacaną, warstwę z którą nikt się nie liczy – w tym przewodnicy. Jeżeli urodzili się w takiej kaście, to według hinduizmu, musieli w poprzednim wcieleniem sobie na to zasłużyć. Automatycznie, nie ma co ich żałować – powinni się cieszyć, ze nie urodzili się świerszczem. Jest jeszcze niższa pod-kasta – uchodźcy tybetańscy, których się w Nepalu nienawidzi. Oni, żyjący od pół wieku w Nepalu muszą jakoś zarobić na chleb. Tym samym zgadzają się na jeszcze niższe stawki. Tybetańczycy zajmują się też handlem pamiątkami na Annapurnie (płacąc ciężką daninę kaście Gurung). Taki system rodzi olbrzymią możliwość wyzysku.

9. Są trzy rodzaje tragarzy: wynajmowani do zdobywania szczytów przez profesjonalne ekipy himalaistyczne (to jest prestiż i pieniądze – oni zazwyczaj omijają te trasy o których my piszemy, wlatują na Base Camp helikopterem). Następnie są tragarze wynajmowani Europejczykowi na okres jego wakacji. To jest zupełnie niekontrolowany biznes, wynająć można ich wszędzie. Zarabiają ok 2 dolarów dziennie (cena coca-coli w wyższych restauracjach). I są jeszcze tragarze bez grup – oni donoszą wszystko do hoteli i restauracji. W jednym hotelu widzialne nawet nowoczesna dwumetrowa lodówkę LG. Ktoś ją musiał przynieść.

10. Poddaje Pan pod wątpliwość fakt ekonomicznego zmuszenia ludzi do pracy jako tragarz. Nie wiem czy Pan sobie zdaje sprawę z wielkości bezrobocie w Nepalu - 46% w 2008. Średnie PKP PP 1200 dolarów (na szybko znalazłem dwutygodniowy zorganizowany wyjazd do Nepalu na Annapurne za trzykrotność średniego rocznego PKB na mieszkańca). Nepal jest jednym z trzech najbiedniejszych krajów Azji. A góry ( już te obok szlaków ) to są najbiedniejsze regiony Nepalu. Wynika to po części z ograniczonych możliwości rolnych (tarasy ryżowe) i przyrostu naturalnego. Górale często stoją przed wyborem – migracja do miasta lub przekwalifikowanie się i praca w mafijnym sektorze turystycznym jako tragarz. Choć bardzo często nie mają tego wyboru. I pracują jako najniższy szczebel tego systemu organizowania wakacji Europejczykowi, szybko tracą zdrowie, nie maja ubezpieczenia, i są pogardzani przez wyższe kasty i Europejczyków. Tu rodzi się ten podział, który Pan neguje

11. Rodzi się w nich okropna opozycja - kolonializm świadomości. Pozwoli Pan, ze zacytuję klasyka – Frantza Fanona z jego najgłośniejszej książki „Wyklęty lud ziemi”: „Zniewolenie umysłu skolonizowanego, a nie armaty i bagnety, stanowi najsolidniejszy filar na którym oparty jest kolonializm”. Oczywiście chodzi tutaj o ten najgorszy kolonializm – w wymiarze psychologicznym, który nie skończył się aktem prawnym dekolonizacji. Mówimy o zniewoleniu umysłu, o opozycji, o której Fanon pisze: „sytuacja egzystencjalna kolonizatora i skolonizowanego są tak odmienne, że każda kategoria do której miałby się zaliczyć i skolonizowany i kolonizator są kategoriami fałszywymi”. To są dwa gatunki i tak rodzi się bakcyl kolonializmu. Z którego z założenia kolonizator mniej sobie zdaje sprawę, bo jego ignorancja jest elementem tej opozycji. Czy ma Pan jakąś kategorię wspólną tragarzowi?

12. Ja również nie miałem poczucia bycia traktowym jako „najeźdźca”. Rzadko tak się traktuję chlebodawcę. Ale to, że Europejczyk daje im chleb to nie znaczy, że nie przyczynia się do ich wyzysku. Często nieświadomie – choć odpowiedzialność i tak za to ponosi. Jak Pan myśli, dlaczego w tamtych regionach maoiści posiadają gigantyczne poparcie? Skąd to poparcie dla komunistycznej idei „równości”?

Paweł Cywiński - odpowiedź cz.IV pisze...

13. Natomiast tutaj chciałbym napisać. Ani ja, ani nikt nie postuluje znieść instytucji tragarzy. Natomiast nie można ich wyzyskiwać: trzeba im dostarczać odpowiedni ekwipunek, obrania, buty, muszą być ubezpieczeni, trzeba wprowadzić ograniczenia wagowe do noszenia, minimalne płace, okresowe badania lekarskie. Inaczej mamy do czynienia z wyzyskiem i to nawet jeżeli tragarze się na to zgadzają.

14. Pisze Pan też o skali: „dziesiątkach, może setkach gramolących się turystów”. To są o wiele większe liczby. Mam dane dotyczące Annapurny Circuit. Bilet na Annapurnę w 2008/2009 kupiło 76 tyś ludzi. W sezonie marzec-kwiecień 2009 - 20 tyś ludzi; w sezonie październik 2009 - 17 tysięcy ludzi (służę szczegółowymi statystykami). Proszę mi wierzyć, znajdzie Pan nie raz wśród tego morza ludzi mojego bohatera – aroganckiego Europejczyka.

Mam nadzieję, że wyjaśniłem bardziej szczegółowo to co kryje się pod hasłami: mit, wyzysk, Europejczyk. Ważne jest abyśmy byli świadomi konsekwencji realizacji naszych marzeń i tego, że żyjemy w przeświadczeniu i wizji wypraw górskich w Nepalu, które są mitem. Miłym, kuszącym ale tylko mitem. A ten mit żyje, pokutuje i jest podtrzymywany. Utrwala niedobry schemat.

Pozdrawiam serdecznie,
Paweł Cywiński

Anonimowy pisze...

Autor tego tekstu jest bardzo niedzisiejszy w negatywnym tego znaczeniu..., jak by żył w innym świecie, czysto teoretycznym, całkowicie odrealnionym...- jak to czasem jest z naukowcami. Bardzo łatwo krytykować nie mając pojęcia jakie są realia, na podstawie swoich wyidealizowanych teorii....
Świat jest bardzo zróżnicowany i jak widać nie wszyscy to rozumieją. Po co tak skrajnie interpretować? Może Autor by się tam wybrał, żeby porozmawiać z tymi ludźmi, posłuchać, spróbować zrozumieć, zobaczyć jak żyją i że w wielu przypadkach żyją jedynie dzięki turystom. Wypowiadanie się na podstawie tylko własnych osądów bez poznania realiów nie jest najlepszym pomysłem. Powstają takie kompromitujące artykuły...

Paweł Cywiński pisze...

Autor tam był i to badał.

pozdrawiam,
Paweł Cywiński

Anonimowy pisze...

Beznadziejny artykul zakompleksionego faceta zyjacego we wlasnym odizolowanym swiecie. Rozumiem Panie super bohaterze, ze na Everest Base Camp wbiegles w 2 dni w klapkach . Szkoda, ze nie potrafisz pojac , ze dla jednych podejscie na taka wysokosc to nie lada wyzwanie a dla innych nie. No ale ty jestes poza konkurencja i ogolnie wymiatasz . Brawo za totalny idiotyzm .