poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Arytmetyczny szantaż

O próbę refleksji nad funkcjami i sensem kary pokusimy się w następnym, jesiennym numerze „Kontaktu”. Dziś jednak – dziesięć dni po tragicznych wydarzeniach w Oslo i na wyspie Utøya – gdy liczni polscy politycy i publicyści nawołują do rozpoczęcia nowej debaty nad karą śmierci, nie sposób nie odnieść się do tematu.

Liberalne prawo okazuje się być wartością samą w sobie, czymś na tyle doskonałym i skończonym, że musi pozostać niezmienione nawet w obliczu najbardziej potwornej zbrodni. Zbrodniarz wygrałby, gdyby zmieniono prawo, przegrywa, jeśli nic się nie zmieni. […] Logiczną konsekwencją takiego myślenia byłoby ogłoszenie, że odpowiedzią na kolejne zbrodnie powinno być nie zaostrzenie, lecz złagodzenie prawa. Tylko tak przecież można naprawdę pokazać, że morderca nie odniesie zwycięstwa nad tym, czego nienawidzi: nad liberalnym społeczeństwem. Tyle że cały ten sposób opisu zdaje się być całkiem chybiony. To nie prawo i jego system jest tu zakładnikiem, ale ludzkie życie. Prawo samo w sobie jest wartością tylko o tyle, o ile skutecznie to życie chroni. Kto tego nie pojmuje, niech odpowie sobie na następne pytania. Ilu ludzi musiałoby zginąć, żeby zmiana prawa nie została uznana za zwycięstwo zabójcy? 100? 200? a może 300? Ilu zbrodniarzy musiałoby się pojawić, żeby nieuleganie im pozostawało zwycięstwem? To absurdalna logika i nie ma sensu jej kontynuować.

Wbrew Pawłowi Lisickiemu, który jest autorem tych słów, „liberalne prawo” – czy to norweskie, czy polskie, czy jakiekolwiek inne – bynajmniej nie jest wartością samą w sobie. Wręcz przeciwnie, za cel stawia mu się ochronę ludzkiego życia, nieredukowalnego zresztą do egzystencji czysto biologicznej. Tyle tylko, że idzie tu – jeśli wziąć pod uwagę model idealny – o ochronę życia każdego człowieka: zarówno ofiary, jak i sprawcy. Ukaranie sprawcy śmiercią nie przywróci życia jego ofierze. Ktoś powie na to, że tej konkretnej ofierze nie, ale – być może – ocali życie ofiar przyszłych, których niedoszli oprawcy zrezygnują ze swych zbrodniczych zamiarów w obawie przed tym, by z kolei samemu nie stać się ofiarami. Być może. Tu pojawia się jednak problem, którego Paweł Lisicki zdaje się nie zauważać.

Liberalni prawodawcy idą za wskazaniem Kanta, gdy zakładają, że żadnego człowieka nie wolno nam traktować jak środka do celu. Nie powinniśmy instytucjonalnie przyzwalać na poświęcanie czyjegoś życia w imię chronienia życia kogoś innego, jeśli nie mamy do czynienia z sytuacją obrony koniecznej lub sytuacją ograniczonych zasobów, w której brak decyzji sprawia, że podejmuje się ona sama (w sposób mniej lub bardziej przypadkowy). Każde inne rozwiązanie oznacza wpadnięcie w utylitaryzm, czyli etykę użyteczności, i wartościowanie ludzkiego istnienia, od którego się wszak Paweł Lisicki odżegnuje. Logika „liberalnego prawa”, w kwestiach fundamentalnych odpornego na arytmetyczny szantaż, bynajmniej nie jest absurdalna.

Mniej konsekwentną wydaje się logika naczelnego „Rzeczpospolitej”, który w chrześcijańskie pryncypia próbuje tchnąć ducha utylitaryzmu. Jego wypowiedź przypomina mi rozmowę, którą przeprowadziłem kilka lat temu z pewnym chłopcem. Nie mogąc uwierzyć w to, że jestem przeciwnikiem kary śmierci, starał się on przekonać mnie do zmiany zdania coraz bardziej radykalnymi przykładami. A gdyby ktoś mi zabił siostrę… A gdyby wcześniej ją zgwałcił… A gdyby znęcał się nad zwłokami… Taką wyliczankę, apelującą bardziej do uczuć niż rozumu, można oczywiście ciągnąć w nieskończoność. I wydaje mi się, że to właśnie robi Paweł Lisicki, starając się uprawomocnić dyskusję nad określeniem miary zbrodni, która usprawiedliwiałaby instytucjonalne uśmiercenie zbrodniarza. Tymczasem co do tego, że pewne prawa są nienegocjowalne, liberalizm zgadza się z chrześcijaństwem. Co nie znaczy bynajmniej, że wspomnianą dyskusję, która już się wszak rozpoczęła, należałoby cenzurować. Powinno to po prostu dać nam do myślenia.

Misza Tomaszewski

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Misza pisze, że prawo "za cel stawia mu się ochronę ludzkiego życia"

nastomiast w notce z 19.10. 2010r "Blisko i daleko" dot. in vitro proponowałeś takei rozwiązanie poruszanych tam kwestii: " Być może sytuacja, w której prawo pozwoliłoby na „zbyt wiele”, okazałaby się zbawienna dla polskiego Kościoła."

może zastosować tą samą metodę i wpisać "zbyt wiele" do kodeksu, moze okaże się to zbawienne dla potencjalnych ofiar?

misza pisze...

Różnica pomiędzy moralną oceną dopuszczalności in vitro a moralną oceną dopuszczalności kary śmierci zasadza się na tym, że zwolennicy tej pierwszej nie uważają, by w jej konsekwencji ktokolwiek był pozbawiany życia.

Z punktu widzenia ontologii chrześcijańskiej jasne jest, że procedura in vitro, przy której niszczy się nadliczbowe zarodki, nie jest moralnie akceptowalna. Mam nadzieję, że prędzej czy później (oby jak najprędzej) pogląd, w myśl którego zarodek jest człowiekiem, stanie się powszechnie równie oczywisty, jak oczywiste jest dziś np. to, że człowiekiem jest afroamerykanin (co jeszcze nie tak dawno bynajmniej oczywiste nie było). Niemniej, w chwili obecnej chrześcijanin biorący udział w debacie nad in vitro musi brać pod uwagę istnienie różnych poglądów na ontologiczny status zarodka.

Na marginesie pozwolę sobie przytoczyć cały akapit, z którego zacytowałaś/zacytowałeś jedno zdanie: „Być może sytuacja, w której prawo pozwoliłoby na „zbyt wiele”, okazałaby się zbawienna dla polskiego Kościoła. Mógłby on wówczas na nowo odkryć swoje powołanie do przemieniania świata nie przy pomocy aktów prawnych i medialnej retoryki, lecz poprzez pracę u podstaw – mniej skuteczną, lecz uczącą bardziej podmiotowego traktowania człowieka. Bo jakoś tak jest, że w wirze walki o podmiotowość embrionów zapominają biskupi o podmiotowości wiernych całkiem już dojrzałych”. Uzupełnienie Twojej wypowiedzi o kontekst trochę jednak zmienia.

Jeśli chodzi o karę śmierci, to - wbrew opiniom niektórych katolickich etyków i publicystów - wydaje mi się ona absolutnie nie do pogodzenia z moralnością chrześcijanina, zgodną zresztą w tym przypadku z moralnością praw człowieka. Nie mamy tu (jak w przypadku in vitro) do czynienia z dyskusją nad tym, czy zbrodniarz jest człowiekiem (a jeśli mamy, jeśli ktoś twierdzi np., że zbrodniarz jest zwierzęciem, to pozostaje załamać ręce). Wpisując „zbyt wiele” do kodeksu, uczynilibyśmy krok wstecz w stosunku do istniejącego konsensusu, z którego powinniśmy się tylko cieszyć. Zbrodniarz jest człowiekiem, a człowieka, a żadnego człowieka nie wolno nam traktować instrumentalnie. Czy „zbyt wiele” miałoby też oznaczać dopuszczalność tortur (to też może się okazać „zbawienne”)?

Wniosek jest taki, że zbawienne zbawiennemu nierówne, podobnie jak kontekst kontekstowi. Kłaniam się,

Misza

Anonimowy pisze...

Misza, chodzi mi tylko o zastosowanie argumentu wpisanie "zbyt wiele".

Bez zagłebiania się w argumentacje kościelno-filozoficzną, bez okreslenia kto jest za, a kto przeciw.

nie możemy sobie stosować raz takiej metody a raz innej.

Przytoczenie twojej wypowiedzi służyło przedstawieniu nielogiczności postępowania, ze w takiej dyskusji o in vitro chodzi o wpływ na kościół, a nei ochrone życia, natomisat w dyskusji o karze śierci to już chodzi o ochrone życia każdego a nie o ludzkie odczucia.

misza pisze...

Prawo służy obronie życia. Ściślej, służy ono obronie tego, co nazywamy „prawami człowieka”, czyli także jego nietykalności cielesnej, wolności światopoglądu i wielu innych. W przypadku in vitro mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch uprawnień: zarodka - do życia (ale nie według wszystkich), a przyszłych rodziców - do wolności (ale, przynajmniej z perspektywy chrześcijańskiej, wolności wątpliwie rozumianej). Skoro żyjemy w państwie pluralistycznym, to jest to pewien problem. Rozstrzyganie sporu pomiędzy dwiema wartościami: życiem i wolnością, nie zawsze jest łatwe. A na pewno nie jest łatwe wtedy, gdy jedna ze stron sporu tej pierwszej wartości nie dostrzega. I gdy nie wynika to z jej złej woli.

W przypadku kary śmierci mamy natomiast spór pomiędzy życiem a wątpliwie pojmowaną sprawiedliwością, który wydaje mi się łatwy do rozwiązania. W obu przypadkach bronimy więc „praw człowieka” - tak powinienem był napisać. Najbardziej podstawowym takim prawem jest prawo do życia. Ponieważ jednak dyskusja dotyczy tego, czy prawa te stosują się do zarodka, tj. czy jest on człowiekiem, trudno uciec od filozoficznej strony sporu.

Dziękuję za pomoc w wyklarowaniu stanowiska. Pozdrawiam,

Misza