
Kościół w Praszczce koło Wielunia
Ignacy Dudkiewicz
Ile razy byliście na Mszy na wsi? Widzieliście tam rzeczy, które „nie mieściły się w głowie”, zabobonne, wypaczające wiarę? Jak często krytykowaliście rozpowszechnienie kultu maryjnego? Czy odnajdujecie się w estetyce kiczu, złota i pstrokatości? Co myślicie o bazylice w Licheniu? Pytania można mnożyć. Wszystkie one sprowadzają się do jednego: jak często myślicie tymi schematami o katolicyzmie ludowym w Polsce?
A ile razy w takiej chwili przypominaliście sobie słowa „Modlitwy o wschodzie słońca”: „chroń mnie, Panie, od pogardy”?
Oczekując odpowiedzi od Was, powinienem sam stanąć w prawdzie. Schematami podobnymi do powyższych myślałem wielokrotnie. Dopiero niedawno w tym kontekście odczytałem piękny tekst Kaczmarskiego.
Gdy Janek Mencwel pisał kilka miesięcy temu o zjawisku roboczo nazwanym „chamofobią”, wątku tego nie podjął. A jest to, w pewnej przynajmniej części, szczególny odcień tego samego problemu. Nie potrafię ukuć równie zgrabnego, co „chamofobia”, określenia w tym wypadku. Myślę jednak, że zjawisko pogardy dla katolicyzmu ludowego, jego szczególnych zwyczajów „wśród moich znajomych, warszawskich inteligentów i ludzi z dobrych domów”, ma się równie dobrze, co nawyk żartowania z „wieśniaków”.
Co ciekawe jest to coś, co łączy zadeklarowanych antyklerykałów, grzmiących o „ciemniej masie, wierzącej w bzdurne zabobony, bo tak im każe ciemny kler” przynajmniej z częścią środowisk katolickich inteligentów, potrafiących tylko na taki zarzut pokiwać głową i przyznać, że „jeszcze długa droga przed nami, ale przecież można przeżywać wiarę świadomie”. Gdzieś za tym kryje się przekonanie, że osoba nieznająca teologii apofatycznej, która na wieść o cudzie upadnie na kolana, miast zrobić sceptyczną minę i bojąca się, że jej syn zostanie opętany przez Szatana, podlega albo manipulacji, albo ciemnocie.
Zaś my - „poszukujący, oświeceni, krytyczni” - a co najważniejsze: „wolni od zabobonów”, jeżeli w ogóle chcemy mieć z nią coś wspólnego, to tylko po to, by ewangelizować, naprostowywać i prowadzić za rękę. By, tak jak my (i przy okazji najlepiej to, co my), „zaczęła myśleć”. Nie wiadomo, czy owa osoba tego potrzebuje i chce. A jeśli nawet tak, to czy równie mocno my nie potrzebujemy jej.
Może czas najwyższy dać się „ocalić od pogardy”. Skoro jesteśmy „poszukujący”, zacznijmy szukać na wsi tego, co wartościowe, autentyczne, bliskie, głębokie. W „Śmierci w starych dekoracjach” Tadeusza Różewicza czytamy: „Mnie się zdaje, że Pan Jezus po prostu uciekł z wielkiego miasta. (…) Uciekł z Rzymu, Londynu, Moskwy, Pekinu i stu innych metropolii. Może się ukrył gdzieś na wsi. W Afryce albo koło Wielunia”. Zacznijmy od Wielunia.
Fot.: Robert Niedźwiedzki (licencja GFDL)
9 komentarzy:
Ignacy,
W 99% zgadzam się z twoim tekstem. Oprócz jednej tylko kwestii. Moim zdaniem nie można wrzucać do jednego wora "katolicyzmu ludowego" tak różnych spraw jak duchowość ludzi na wsi oraz wyglądu i stylu sanktuarium w Licheniu. jednak jest ogromna różnica między prostotą i skromnością (opartą na wieloletnim doświadczeniu biedy i życia w harmonii z przyrodą) charakterystyczną dla autentycznej religijności ludowej, a tanim przepychem i komercyjną religijnością jarmarczną, taką jak ta z Lichenia lub jak pomnik z Rio de Świebodzineiro. Wydaje mi się wręcz, że ta druga zabija tą pierwszą! Dlatego jej krytykowanie może być zarówno wyrazem "chamofobii", jak i prawdziwej sympatii dla kultury i religijności ludowej, chłopskiej itd.
Pozdr.JM
Pełna zgoda, Rydzu. Schematy. Dzięki za ich uświadomienie. Ignacy.
Ale żeby było jasne: to szczegół. Bo zasadniczo to jest bardzo ważna sprawa o której piszesz. I niestety Licheń, który jest naprawdę trudny do przyjęcia, dla wielu ludzi jest sposobem na autentyczne przeżywanie swojej religijności. I "katolikom otwartym" trudno się z tym pogodzić, ale chyba trzeba, bo skoro potrafią w ramach otwartości zrozumieć na przykład Islam czy ortodoksyjny Judaizm to dlaczego nie "kato-kicz"?
JM
Panowie,
Inna rzecz - szanować uczucia religijne wyhodowane na gruncie sakro-kiczu, a inna - pytać o rolę religijnego wychowania estetycznego. Ostatnia wypowiedź Janka przenosi nas do pamiętnego numeru "Ład-Nie-Ład" i wywiadu z Mateuszem Środoniem. Istnieje odpowiedzialność Kościoła za to, w jaki sposób ludzie do niego należący przedstawiają sobie piękno?
Czy istnieje rozgraniczenie - i jeśli tak, to gdzie leży ta granica - pomiędzy wiarą a tradycją wierzenia? I czy to pytanie jest pogardliwe dla "ludowego katolicyzmu", czy mogę je zadać z czystym sumieniem?
Kopacz
W imieniu autora nie chce odpowiadać, bo też nie do końca rozumiem pytanie...Ale myślę że są tu tacy specjaliści którzy na pewno chętnie się wypowiedzą.
Pozdro
JM
Misza: Kościół jest odpowiedzialny za to, w jaki sposób formuje swoich członków, zatem także za to, w jaki sposób postrzegają oni piękno. Pojawiają się jednak dwa zagadnienia.
Po pierwsze, estetyka nie jest najistotniejszą i pierwszorzędną kwestią w dziele zbawienia, zatem jeśli ludzie w wolności wybiorą sakro-kicz, a to im pomoże w zbliżeniu się do Boga, to pięknie. Środoń, jak pewnie pamiętasz, mówił, że wielu osobom przeszkadza Krzyż autorstwa Nowosielskiego, wiszący na Służewie u Dominikanów. Sztuka sakralna ma w pierwszej kolejności pomagać ludziom zbliżać się do Boga, a nie wznosić się na wyżyny artyzmu.
Po drugie, jedna sprawa oceniać sakro-kicz jako kicz, druga odnosić się do niego, i - co istotniejsze - do ludzi, którzy się w nim odnajdują, z pogardą. Różnicę na pewno czujesz nie gorzej, niż ja, więc pozwolę sobie nie rozwijać tematu.
Kopacz: wybacz zwłokę.
Jeśli dobrze zrozumiałem Twoje pytanie, to wydaje mi się, że to rozgraniczenie istnieje (choć specjalistą nie jestem). Z pewnością nie tylko w katolicyzmie. Moje jego rozumienie i naszej powinności wobec niego jest następujące:
1. KKK głosi, że: "wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela". Wydaje się więc jasnym, że wiara jest relacją - co ważne, obustronną - człowieka z Bogiem. Tam, gdzie brak relacji lub jej obustronności, brak wiary.
2. Wydaje mi się zatem, że praktyki religijne, wynikające tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, tradycji czy potrzeby ładnego ślubu, są ową "tradycją wierzenia", a nie wiarą, gdyż są rytuałem, a nie odpowiedzią.
3. Trudno jednak ocenić, kiedy mamy z czymś takim do czynienia. Dopóki ktoś nie deklaruje w sposób jednoznaczny, że "bierze ślub kościelny tylko i wyłącznie dlatego, że to ładna ceremonia" (lub coś podobnego), nie mamy prawa arbitralnie tego rozstrzygać.
4. Jeśli ktoś deklaruje, jak powyżej, warto dawać swoim życiem i postawą świadectwo relacji z Chrystusem.
5. W innym wypadku zawsze warto założyć, że ta relacja jest obustronna. Odpowiedź dana Bogu, może być różna. Może to być medytowanie nad Pismem, rozstrzyganie wątpliwości teologicznych, czytanie Mistrza Eckharta, ale może to też być kult maryjny, modlitwa wstawiennicza czy szczere westchnięcie: "o Boże".
6. Wydaje mi się zatem, że rozgraniczenie, o które pytasz, możemy dostrzec jedynie w sferze deklaracji. Każdej religijności (areligijności zresztą również) winniśmy szacunek. Warto, oczywiście, rozmawiać i zastanawiać się. Ale bez poczucia wyższości i bez pogardy. I o tym był mój tekst. Rzecz w tym, że intelektualista, deklarujący wiarę w Boga, tylko i wyłącznie dlatego, że przekonał go zakład Pascala, również podpada pod, może nie tradycję, ale "przyzwyczajenie" do wierzenia. U niego również może brak relacji. Linia podziału zatem nie leży między religijnością ludową a miejską, katolicyzmem wiejskim a otwartym, aglomeracją a małą miejscowością, a w wolności każdego człowieka. I to chciałem podkreślić.
7. Na boku dodałbym jeszcze, że osobom, które deklarują się jako "katolicy z przyzwyczajenia" czy "z tradycji", Bóg też się "objawia i udziela". I kto wie, czy któraś przyjęta z rutyny Eucharystia nie sprawi, że "tradycja wierzenia" zmieni się w wiarę. Duch wieje kędy chce, a my możemy szukać w tym naszej drogi. Nie pogardzając inną.
Pozdrawiam,
Ignacy.
Fajny tekst. W związku z nim skojarzenie nieodległe mnie naszło.
Kaczmarski śpiewał inną pieśn.
A kiedy walczył Jakub z aniołem
I kiedy pojął że walczy z Bogiem
Skrzydło świetliste bódł spoconym czołem
Ciało nieziemskie kalał pyłem z drogi
I wołał Daj mi Panie bo nie puszczę
Błogosławieństwo na teraz i na potem
A kaftan jego cuchnął kozim tłuszczem...
Jakie to wyrwane z kontekstu! Jakub - będąc młodszym bratem Ezawa - wycyganił wcześniej błogosławieństwo swego niewidomego ojca, ktore należało się Ezawowi (w czym matka mu pomogła). Dorosłość zaczyna się wtedy, gdy przestajemy chcieć czegokolwiek od rodziców, a odkrywamy, że wszystko zależy od Tego Tam.
Uderzyło mnie natomiast jak niezgodne z biblijnym oryginałem jest zakończenie:
W niewoli praw twych i w ludzkiej niewoli
Żyłem wśród zwierząt obce karmiąc plemię
Jeśli na drodze do wolności stoisz
Prawa odrzucę precz a Boga zmienię!
I w tym spotkaniu na bydlęcej drodze
Bóg uległ i Jakuba błogosławił
Wprzód mu odjąwszy władzę w jednej nodze
By wolnych poznać po tym że kulawi
Tak naprawdę, to Jakub zmagał się z Bogiem w nocy, przerażony w przededniu spotkania pojednawczego z bratem, na którego przebaczeniu mu bardzo zależało. Nabroił, uciekł, dorobił się i w żadnej niewoli nie żył, natomiast prawa odrzucił. Więc historia biblijna jest o cwaniaku i kłamcy, który nawraca się. Walka jest objawem jego pychy, a dyktuje ją roszczeniowa postawa i przekonanie, że można zbawić się samemu, własną mocą. Bog się z nim zmaga po to, żeby pokazać mu bezsens jego postawy, a zarazem obnażyć jego słabości (słaby staw), którego zwichnięcie oznacza zamknięcie młodości (czyli etapu, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy niezniszczalni). Kulawi - tak albo inaczej - jesteśmy wszyscy, ale nie jest to żaden znak wolności, a co najwyżej - wyzwanie. Człowiek musi przede wszystkim wyzwolić się z przekonania, że się Bogiem - jak równy z równym - może mierzyć, albo na Bogu coś wymusić. Bo pierwszą która tej logiki próbowała - była Ewa, a my tu i teraz ponosimy tego konsekwencje.
An
Prześlij komentarz