poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Kebab w mieszanym sosie


Jeszcze niedawno, ku rozpaczy warszawiaków, zanosiło się na to, że wszystkie witryny przy głównym placu Żoliborza zajmą banki. O problemie napisała „Gazeta Wyborcza”, mieszkańcy zorganizowali happening przekornie przemianowując „Plac Wilsona” na „Plac Bankowy” i wokół sprawy zrobił się szum. Na krytykę pozytywnie odpowiedział burmistrz i obiecał, że dzielnica będzie prowadzić politykę czynszową promującą sklepy i restauracje, aby po 17.00 – a więc godzinie zamknięcia banków - plac nie przypominał bezludnej wyspy, tylko tętniące życiem serce dzielnicy. Zresztą zaraz za słowami poszły czyny i zadeklarowano, że lokal zwalniany właśnie przez sklep obuwniczy, zajmie kawiarnia. Radość wielka. I tym większe rozczarowanie, gdy zamiast przytulnej kawiarni powstał tam bar serwujący kebab.

Granda! A neonowy szyld za wielki. I jaki brzydki! Wszystko prawda - o ile przyjemniej byłoby móc usiąść sobie przy rozbudzającym zmysły espresso, pienistym Macchiato,  czy wiosennym smoothiesie, niż w oparach smażącej się baraniny głuchnąć przy hitach Radia Eska. Szczytem marzeń byłoby, gdyby konsumpcję uprzyjemniała gościom wystawa fotografii, koncert, albo emocjonująca dyskusja – słowem, gdyby zamiast wyzutego z aspiracji kulturalnych fast fooda, powstała żoliborska klubokawiarnia na wzór Nowego Wspaniałego Światu czy Chłodnej 25.

Ambitny warszawiak może być więc nowym lokalem zawiedziony, ale dziwnym trafem stoliki w kebabie Amrit są zawsze zajęte. Okazuje się bowiem, że w Warszawie wciąż istnieje duże zapotrzebowanie na miejsca, do których można przyjść ze znajomymi, tanio zjeść i pogadać przy piwie. Sam fakt, że ludziom chce się wyjść z domów jest wartością, ale żeby to spostrzeżenie nie wydawało się zupełnie miałkie, trzeba porównać sytuację Żoliborza z warunkami w biedniejszych dzielnicach, na przykład – pozwalam sobie na sztampę – na Starej Pradze. Średnio co trzysta metrów wpada się tam na sklep nocny z alkoholami, ale barów czynnych wieczorami jest jak na lekarstwo (pomijając kilka modnych klubów). Co z tego wynika? Tyle tylko, że ludzie tankują w kanister i piją samotnie po mieszkaniach, co zapewne nieco szkodzi bajecznemu dzieciństwu ich dzieci. Być może przesadzam i spora część klientów Świata Alkoholi z Targowej zajmuje pobliskie bramy, ale i tak socjalizacyjny wymiar kebaba przy Placu Wilsona wydaje mi się, w tym świetle, zachwycający.

Musi się oczywiście pojawić pytanie, czemu nie próbować łączyć społecznej funkcji barów z rozbudzaniem poważniejszych aspiracji kulturalnych? NWŚ czy Chłodna są przecież lokalami otwartymi, każdy może tam przyjść i napić się takiego samego piwa jak w tureckim barze. Niestety to tylko pozory. Tomek Kaczor w tekście o alternatywnej scenie muzycznej w Warszawie, zamieszczonym w ostatnim numerze „Kontaktu”, „pozwala sobie pominąć” wysuwane wobec Chłodnej „zarzuty o zamkniętym towarzystwie wzajemnej adoracji”. Ja wręcz odwrotnie, z chęcią splunę w filiżankę, dajmy na to, latte.< W drzwiach klubokawiarni nie stoi ochrona mająca za zadanie nie wpuszczać mniej eleganckich klientów, ale bez wątpienia istnieje tam selekcja o niezwykle twardych regułach. Na Chłodną – niech służy za przykład – nie przyjdzie pan Krzysztof, wąsaty taksówkarz z Woli; nie przyjdzie też Janek, świeżo upieczony absolwent chłodnictwa na Politechnice Warszawskiej, który na studia przyjechał tu z Kościerzyny. Dlaczego? Bo nie wiedzą czym różnią się od siebie luzacko wypisane kredą na tablicy rodzaje kaw i zarumienią się, gdy poplącze im się język przy wymawianiu którejś z ich obcojęzycznych nazw. Czuć będą, że ubrani są jakoś inaczej niż reszta gości, bez polotu, po prostu niemodnie. Na dodatek sącząc zamówione pół czarnej będą głowic się, czy wypada zapłacić kelnerce od razu, czy dopiero wychodząc, przy barze. Te i podobne wyzwania powodują, że ani pan Krzysztof, ani Janek nie mają szans poczuć się w klubokawiarni swobodnie. Nie podważam zatem kulturotwórczej roli klubokawiarń, ale chciałbym podkreślić, że wbrew pozorom, zdecydowana ich większość ma niezwykle elitarny charakter. Kojarzą się raczej z legendarną, przedwojenną (i drobnomieszczańską) kawiarnią Ziemiańska, gdzie królował wyszukany gust towarzyski Lechonia, Tuwima i Słonimskiego, a mniej z lewicowymi ideałami często deklarowanymi przez ich założycieli. Elitarność takich miejsc może więc dziwić, bywa śmieszna, ale sama w sobie nie jest czymś nagannym. Nie do przyjęcia staje się dopiero, gdy zapominamy o społecznej roli innych, bezpretensjonalnych lokali i pozwalamy sobie na paskudną bufonadę sarkając na otwarcie w stolicy „kolejnego kebaba”.

Cyryl Skibiński
zdjęcie: Jan Mencwel

3 komentarze:

pan Tomek pisze...

Wywołany do tablicy pozwolę sobie na krótki komentarz.

Szkoda, że w swojej krytyce wpadłeś dokładnie w ten sam pogardliwy ton, co wzbudzająca w Tobie tak silne torsje, Agnieszka Kowalska. Z tym że ona pisze o "Dresach - pewnym specyficznym gatunku człowieka, który opanował nasze miasto", a Ty w podobny sposób spluwasz nie do filiżanki latte tylko na bywalców przykładowej Chłodnej.
Nie mówiąc już o tym, że przy okazji także z wąsatego pana Krzysztofa czy Janka z Kościerzyny, robisz nieporadne ciamajdy, a nie to - jak rozumiem - chciałeś o nich powiedzieć.

Zgodzę się natomiast z Twoją tezą o społecznej roli kebabów lub tym podobnych fast foodów. Tym niemniej zdecydowanie bardziej wolałbym, żeby zamiast nich powstawały mini gastronomie typu bar Dukat przy ul. Dąbrowskiego, który obaj dobrze znamy. Tylko w takich miejscach spotkają się pan Krzysztof taksówkarz, pan Michał biznesmen i pani Agnieszka dziennikarka. Zjedzą pierogi z mięsem, popiją kompotem lub piwem i zamienią dwa słowa z serwującą im te dania panią Haliną, na co już w Amricie nie ma szans, bo w kolejce czeka siedemnastu niecierpliwych i zgłodniałych.

Cyryl Skibiński pisze...

Cieszę się, że co do meritum się zgadzamy. Nie wiem jednak, w którym miejscu dostrzegłeś w moim tekście pogardę – zdystansowanie się? Ironizowanie? Bardziej krytycznie: silenie się na dowcip? – owszem, tego typu zarzuty byłyby na miejscu. Nie wiem też, skąd twoje przekonanie, że pluję na bywalców Chłodnej. Czy tak odczytałeś zwrócenie uwagi na problem, że – w moim odczuciu – większość tego środowiska nie zdaje sobie sprawy ze swojej zamkniętości i elitaryzmu? W takim wypadku nie mogę się z tobą zgodzić, bo bez wątpienia mieści się to w powszechnie przyjętych granicach krytyki. Przy okazji zwróć uwagę, że nie zarzucam klubokawiarnianym środowiskom świadomej protekcjonalności wobec osób „z zewnątrz”, tylko brak świadomości swojego odcięcia od potrzeb przeciętnych mieszkańców miasta.

Co do pana Krzysztofa i Janka. Jestem skłonny przyznać, że „wąsy” i „Kościerzyna” były niepotrzebne. Trochę te postaci przez to strywializowałem. Ale problem pozostaje: wydaje mi się, że, podobnie jak Krzysztof, na Chłodnej (tej przykładowej) źle czułoby się 90 % mieszkańców Warszawy. W tym ja: „Cyryl, student historii na UW, bywalec innego elitarnego klubu, mieszczącego się przy ulicy Freta 20.24a”. Powtarzam, nic w tej elitarności złego nie ma (bywalcy klubokawiarni też zapewne nie czują się dobrze w Amricie), dopóki nie powstanie w nas poczucie, że gusta „bywalców” są ważniejsze (a więc powinny być uprzywilejowane) od gustów gości barów serwujących kebaby.

Anonimowy pisze...

Cyryl,
generalnie po drodze mi z twoim tokiem myślenia ale moim zdaniem to akurat mało trafny przykład. Problem kebaba na pl. Wilsona polega na tym,że lokal który on zajmuje miał być przeznaczony na "działalność kulturalną", tymczasem jego 2/3 zajął zwykły fast-food,w którym nie widzę "bezpretensjonalności"(powiedziałbym nawet,że jego wystrój jest wyjątkowo pretensjonalny w przeciwieństwie do Chłodnej...).Nie oszukujmy się - taki kebab to po prostu biznes jak każdy inny. Fakt,że można tam usiąść i coś zjeść, a nawet napić się piwa,to za mało,żeby mówić o jego "uspołeczniającym" wymiarze - on jest raczej efektem ubocznym. Moim zdaniem trzeba jednak rozgraniczyć lokal czy inicjatywę,która jest robiona dla ludzi, z jakimś celem społecznym - a Chłodna,przy wszystkich zastrzeżeniach,niewątpliwie taka jest - od lokalu czysto gastronomicznego i komercyjnego.Rzecz w tym,że polityka miasta powinna promować powstawanie tych pierwszych,bo te drugie i tak sobie poradzą - i o to była awantura,a nie o sam fakt,że to Kebab a nie ambitna kawiarnia.
Pozdro
JM