Jeżdżąc po nowych chińskich asfaltach, mijałem chińskie ciężarówki, rowery i autobusy, piłem wodę z chińskich wodociągów, rozmawiałem przez komórkę dzięki chińskiej infrastrukturze telefonicznej i satelitom, wszyscy ludzie dookoła byli ubrani w chińską odzież, a w szkołach mogłem się uczyć mandaryńskiego. Lokalne dzieci nazywały mnie „china”, co powoli staje się synonimem słowa, którym powinny na mnie wołać - „faranji”, czyli przybysz z obcego, zachodniego świata. Otóż nie byłem w Państwie Środka, tylko w Rogu Afryki - Etiopii i Somalilandzie. Chińczycy z yuanami w ręku w ciągu 15 lat zdobyli Afrykę. Europa w takich samych rękach ma jeszcze prawa człowieka, demokracje, zaciekawienie afrykańską sytuacją wewnętrzną i garb kolonizacyjny. Nic dziwnego, że jest powolniejsza i brzydsza…
Coraz częściej słychać postulaty o zreformowaniu stosunków europejsko-afrykańskich. Coraz głośniej mówi się o przegranej naszej cywilizacji w wyścigu, który brzydko można by nazwać - „neokolonizacyjnym”. A jest to bardzo istotny wyścig – może zaważyć o miejscu Unii Europejskiej na świecie. Winnym tego stanu okazuje się, między innymi uzależnienie zachodnich inwestycji i programów pomocowych od wprowadzenia „naszych europejskich” wartości w struktury finansowe i relacje społeczno-polityczne poszczególnych państw najstarszego kontynentu świata. Inni biorący udział w rajdzie na Afrykę są bardziej konkurencyjni – nie uwarunkowują swoich interesów. Same idee uzależnienia jednego elementu naszych relacji od drugiego, wydają się na pierwszy rzut oka szlachetne, choć aby sensownie wprowadzać je w życie, i aby przyniosły wyczekiwane rezultaty, trzeba czynić to w sposób wyjątkowo przemyślany, odpowiadający rzeczywistości afrykańskiej – co jest zadaniem niezwykle trudnym. Pojawiające się coraz częściej w europejskim dyskursie postulaty reform głoszą rozdzielenie tych dwóch sfer – biznesowej i ideologicznej. Wszak ta pierwsza jest wyhamowywana przez drugą, a druga wydaje się hipokryzją w zestawieniu z pierwszą.
Debata jest ciekawa, choć wielu z nas z pewnością powie – a co mi tam – mnie to w żaden sposób nie dotyczy. Otóż chciałbym zwrócić tutaj uwagę na nasz polski kontekst w całej tej, wydaje się, odległej od nas dyspucie. Jeżeli my Polacy jesteśmy za Europą pomijającą, albo przynajmniej czasem przemilczającą prawa człowieka i zasady demokracji w sferze współpracy z Afryką, tylko po to, aby dotrzeć do nowych złóż i kontraktów przed Chińczykami, czy Indusami, powinniśmy wcześniej zastanowić się nad nadwiślańskimi plażami. Czy chcielibyśmy, aby ta sama Europa przemilczała te same kwestie w relacjach z naszymi wschodnimi sąsiadami? Chodzi tutaj głównie o Rosję (choć nie należy zapominać o projekcie Partnerstwa Wschodniego). Czy chcemy, aby to biznes kreował kształt naszych stosunków z Wschodnim nadal Imperium? Nie zapominajmy, że dla tak wielkiego organizmu politycznego, jakim jest Unia Europejska, Rosja w szerokim tego słowa znaczeniu jest graczem podobnej rangi, co Afryka. A tak jak otwarcie mówimy o niezrozumieniu „problemu rosyjskiego” przez Francuzów, Włochów, czy Hiszpanów, tak my nie do końca zdajemy sobie sprawę z miejsca Afryki w tożsamości politycznej intelektualistów i decydentów we Włoszech, Hiszpanii, czy Francji. Zatem, czy warto ryzykować, dopuszczając precedens? Tutaj należy sobie wreszcie szczerze odpowiedzieć na fundamentalne pytanie, dotykające naszych europejskich korzeni i tożsamości! Co jest ważniejsze: dobry biznes pozwalający naszym współobywatelom wygodniej żyć, czy zmiana otaczającego nas świata na naszą modłę – w tym i walka o prawa człowieka, które według Europejczyków są prawami naturalnymi? Bez tej odpowiedzi przegramy na obydwu frontach. Z tą odpowiedzią mamy jakieś szanse nie przegrać, chociaż w jednym wymiarze.
Tak czy inaczej warto spojrzeć na tę debatę o relacjach europejsko-afrykańskich jako na coś, co i nas dotyczy. Bo jej konsekwencje, jakie by nie były, mogą zostać wykorzystane przez genialną dyplomację naszego odwiecznego wschodniego przyjaciela…
Paweł Cywiński
1 komentarz:
Witam,
dzieki za ciekawy tekst!
głos do pierwszego akapitu o "chińskim zagrożeniu": na początku XX wieku niemiecki filozof Spengler http://pl.wikipedia.org/wiki/Oswald_Spengler przestrzegał Europejczyków przed przekazywaniem technologii ludom krajów pozaeuropejskich, widząc w tym zagrożenie dla uprzywilejowanej ekonomicznej pozycji Zachodu, zwłaszcza dla rozwijającego się wówczas w Europie systemu opieki socjalnej.
Twój tekst przypomina mi, że Polska, formalnie część UE, faktycznie jest polem podobnych zmagań chińsko-europejskich, vide: http://www.rmf24.pl/ekonomia/news-protest-przeciwko-budowie-autostrady-a-2-przez-chinczykow,nId,271409
Inaczej niż Ty, przypisuję więc Polsce znaczenie przedmiotowe (Polska jako pole zmagań chińsko-europejskich), a nie podmiotowe (Polska jako aktor skutecznie wpłyjący na zmianę reguł inwestowania UE w Afryce).
Pytanie: czy warunki ideologiczne, o których wspominasz, jakie stawia państwom Afryki "Europa" (właściwie kto konkretnie?), nie są efektem złych doświadczeń państw Europejskich w zakresie inwestowania w państwa afrykańskie w drugiej połowie XX wieku?
Polecam
http://www.psz.pl/tekst-4682/Sylwia-Kowalik-Aleksander-Kostka-Czy-Afryka-umiera-Globalizacja-a-stosunki-Polnoc-Poludnie
"W trakcie dyskusji analizowaliśmy słynną wizję zagłady Afryki: rabunkowa polityka handlowa, wyczerpanie się złóż, niekonkurencyjność, brak inwestycji, rozprzestrzenienie AIDS, masowe migracje na Północ, deforestacja i pochłonięcie przez saharyjski ocean piasku.
Padły głosy, że silna Afryka nie jest potrzebna światowym potęgom ani Europie, ani Ameryce – skoro światowe interesy skupiają się obecnie na Wschodzie, zarówno politycy jak i ekonomiści nie widzą potrzeby angażowania się w Afryce."
Prześlij komentarz